To nie będzie miły artykuł. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że będzie niemiły. Na pewno do bólu szczery. Być może ktoś się na mnie z jego powodu obrazi, ale trudno. Uważam, że ktoś w końcu musi o pewnych rzeczach głośno powiedzieć.

Zanim przejdziemy do meritum, wspomnę tylko, że ten artykuł jest czwartą (i ostatnią) częścią cyklu – namiary na poprzednie części:

  • CZĘŚĆ 1 – Co się dzieje z projektem Ustawy o wyrobach medycznych i dlaczego to dla nas ważne? W pierwszej części artykułu omawiam propozycje zmian, które Naczelna Rada Lekarska (NRL) zgłosiła do projektu Ustawy o wyrobach medycznych oraz ich potencjalny wpływ na możliwość zakazania kosmetyczkom i kosmetologom wykonywania niektórych zabiegów. Ten artykuł przeczytasz TUTAJ.
  • CZĘŚĆ 2 – W tej części omawiam skutki innego pomysłu na ograniczenie wykonywania niektórych zabiegów w gabinetach kosmetycznych, mianowicie propozycje związane z uregulowaniem tzw. medycyny estetycznej. Nie chodzi wyłącznie o propozycje NRL, ale również o prace, które są aktualnie prowadzone w Ministerstwie Zdrowia. Ten artykuł przeczytasz TUTAJ.
  • CZĘŚĆ 3 – Prezentuję stanowiska organizacji branżowych, w których znajdziemy opis skutków regulacji proponowanych przez NRL. Ten artykuł przeczytasz TUTAJ.

Jak wspominałam w pierwszej części artykułu, tym tematem zajmuję się już 6,5 roku. Wcześniej sama należałam do jednej z branżowych organizacji, jeszcze wcześniej (studiując kosmetologię na Śląskim Uniwersytecie Medycznym) uczestniczyłam w jednym ze spotkań w Ministerstwie Zdrowia w sprawie uruchomienia studiów magisterskich na kierunku kosmetologia… Tak, to było 100 lat temu.

Ten temat towarzyszy mi właściwie od samego początku mojego życia zawodowego i jest dla mnie bardzo ważny (w tej sprawie napisałam już ok. 50 artykułów – wszystkie znajdziesz w BAZIE WIEDZY), dlatego tym bardziej czuję, że w obliczu ostatnich wydarzeń powinnam zabrać głos i podzielić się swoimi doświadczeniami, refleksjami…

Mniej więcej rok temu, na jednym z lajwów wspominałam już trochę na temat naszych branżowych „problemów z organizacją”, ale myślę, że teraz jest dobry czas, żeby rozwinąć pewne wątki i co ważniejsze, zaproponować rozwiązania.

Dodam jednak, że absolutnie nie chodzi mi o to, żeby bezpośrednio kogokolwiek atakować. Zależy mi na pokazaniu pewnych mechanizmów, które sprawiają, że po prostu nie da się działać skutecznie.

Co ciekawe, mówię również o sobie, bo jak już wspomniałam, sama kiedyś należałam do jednej z branżowych organizacji (która już nie istnieje) i nawet pełniłam tam jakąś zaszczytną, oficjalną funkcję (bo było nas tak mało, że każdy musiał jakąś pełnić – inaczej nie dałoby rady prowadzić stowarzyszenia)…

I to jest w zasadzie doskonały wstęp, a nawet już doskonałe podsumowanie tematu. Jednym z kluczowych problemów jest brak rąk do pracy. Ok, ale zacznijmy od początku.

Jest problem! Trzeba COŚ zrobić!

Pojawia się jakiś problem, np. postulat, żeby zakazać nam wykonywania jakichś zabiegów. Następuje „pospolite ruszenie” i wszyscy chcą zrobić COŚ. Wszyscy również denerwują się, że NIKT NIC nie robi. W sumie to nawet słusznie.

Załóżmy hipotetycznie, że nie ma żadnej organizacji, która reprezentuje nasze środowisko. Na fali powszechnego oburzenia pojawia się pomysł: załóżmy organizację branżową, która będzie bronić naszych praw! Pod postem jest 5000 lajków, 1000 komentarzy, panuje powszechna euforia i już czujemy w ustach smak sukcesu!

Formalności.

Trzeba założyć stowarzyszenie, powypełniać tonę kwitów, ale to pomińmy, bo nie jest to szczególnie porywający aspekt sprawy. Już na tym etapie te kilka nieszczęśniczek (autorka wspomnianego posta, jej dwie koleżanki ze studiów i te dwie osoby, które spośród 1000 komentujących zdecydowały się napisać do autorki na priv) zaczyna wątpić w powodzenie całego przedsięwzięcia. Dlaczego? Z powodu tych 998 osób, które zakończyły akcję „zmieniamy świat na lepsze” bezpośrednio po napisaniu komentarza.

Nadal jednak nie wiedzą biedaczki, że właśnie podpisały na siebie wyrok. Od dziś każdy będzie oczekiwał, że będą robić wszystko, każdy będzie miał do nich pretensje, że nie robią nic, a jak już coś zrobią, to wszyscy będą mieli pretensje, że zrobiły to źle.

One też nie będą „bez winy”, bo ich początkowy zapał uleciał w momencie, w którym zaczęły zbierać składkę członkowską i z 5000 lajków do stowarzyszenia zapisało się (po miesiącach nawoływań) 100 osób, z czego 30 osób zapłaciło składkę w wysokości 100 zł. Wtedy ostatecznie zdają sobie sprawę, że to się po prostu nie ma prawa udać. Poza tym przecież muszą chodzić do pracy, żeby utrzymać rodzinę.

Nie traktujcie tego proszę, jako opisu konkretnej sytuacji. To wynik moich wieloletnich obserwacji, własnych doświadczeń, licznych rozmów z naprawdę mnóstwem osób działających w branży. Taka hipotetyczna, może odrobinę przejaskrawiona historia, która pasuje do wielu przedsięwzięć, nie tylko zresztą w naszej branży. Nie chodzi mi o oskarżanie kogokolwiek (no może poza osobami, którym nie chce się nawet dać tego przysłowiowego „lajka”), ale o pokazanie CO NIE DZIAŁA, DLACZEGO NIE DZIAŁA I CO MOŻNA Z TYM ZROBIĆ.

NIE DA SIĘ działać skutecznie, jeśli nie mamy:

  • ludzi,
  • czasu,
  • pieniędzy.

Po prostu się nie da i trzeba to sobie w końcu uświadomić.

Czy ktoś zdecydowałby się na otwarcie salonu bez pieniędzy i pracowników, jednocześnie pracując na etacie w biurze? Że upadłam na głowę? No może, ale właśnie tego większość z nasz oczekuje od organizacji branżowych.

I wiem, co mówię, bo napisanie dla Was serii tych 4 artykułów zajęło mi 5 DNI pracy niemal non stop. Kilka dni poprzedzonych kilkoma latami zbierania informacji i doświadczeń. Ja mogę sobie na to pozwolić, bo moja praca polega na siedzeniu i pisaniu. W związku z tym, że ufacie mojej wiedzy na tyle, że kupujecie moje płatne materiały w sklepie Gabinetu od zaplecza (e-booki, kursy, wzory dokumentów), część swojego czasu jestem w stanie przeznaczyć na publikowanie bezpłatnych treści, a także właśnie na poruszanie ważnych dla branży tematów.

Pytanie, czy te 5 dni może wygospodarować osoba, która pracuje na co dzień w salonie, szkoli lub pracuje na uczelni (a to tylko jedna seria artykułów…)? No nie, bo kto w tym czasie będzie pracował za nią?

Oczywiście można działać po godzinach (w sensie przychodzisz z pracy o 19:00, mówisz dzieciom: sorry, mamusia musi napisać pismo i siedzisz do 24:00). W ten sposób jak najbardziej da się od czasu do czasu załatwić jakąś jedną, konkretną sprawę, np. napisać jakąś petycję lub prośbę do mediów o sprostowanie nieprawdziwych informacji.

Nie zmienia to jednak faktu, że żaden normalny człowiek nie będzie tego robił codziennie. Jeśli więc sprawa jest poważna (jak możliwość zakazu wykonywania zabiegów) to kilka osób, które mają kilka godzin wieczorem kilka razy w miesiącu, nie jest w stanie nic z tym zrobić.

Właśnie dlatego jest, jak jest, czyli nawet jeśli coś posuwa się do przodu, to bardzo wolno.

Jak to powinno wyglądać w idealnym świecie?

Moim zdaniem powinny być DWIE ściśle współpracujące ze sobą organizacje – jedna reprezentująca kosmetyczki i druga – reprezentująca kosmetologów.

W takim naprawdę idealnym świecie napisałabym, że powinna być JEDNA organizacja reprezentująca wszystkich, ale obawiam się, że w naszym środowisku jest to niewykonalne. Dlaczego? Pod każdym, nawet najbardziej neutralnym postem na temat regulacji uprawnień zawodowych zaczyna się jatka: kto jest ważniejszy, mądrzejszy, kto ma większe doświadczenie, więcej praktyki, większą wiedzę… Czy to źle? Tak. Czy to realne, żeby było inaczej? Myślę, że w tej chwili jeszcze bardzo daleko do takiego stanu.

W chwili, w której dojdzie do konieczności ustalenia zakresu działania kosmetologa (np. w toku prac nad ustawą o zawodzie kosmetologa – bo ten zawód jest kompletnie nieuregulowany; z poprzednich części artykułu wiesz, że Ministerstwo Zdrowia wspomina o takich pracach), siłą rzeczy dojdzie do nasilenia sporu między kosmetologami i kosmetyczkami i dlatego uważam, że obie te grupy powinny mieć silną reprezentację. Na tyle silną, aby zabezpieczyć interesy wszystkich i na tyle mądrą, żeby być zdolnym do wypracowania kompromisu i zajęcia wspólnego stanowiska.

Najgorsze, co możemy zrobić, to skoncentrować się na sporach we własnym środowisku… „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”.

Jak powinny funkcjonować organizacje branżowe?

Ustaliłyśmy już, że bez:

  • CZASU,
  • PIENIĘDZY,
  • LUDZI

nie da się skutecznie działać. W tym miejscu chciałabym rozdzielić dwie kwestie:

  • działanie w „normalnych czasach”, czyli kiedy nie ma jakichś poważnych zagrożeń dla branży lub gdy sytuacja uprawnień i kształcenia będzie już uregulowana – o tym powiem teraz,
  • działanie w obecnej sytuacji kryzysowej, kiedy naprawdę trzeba się mocno zmobilizować, żeby nie dopuścić do wejścia w życie niekorzystnych dla nas regulacji – o tym będzie za chwilę.

Działanie organizacji branżowych w „normalnych czasach”

Jeśli 100 osób zapisze się do stowarzyszenia, a 30 osób wpłaci składkę w wysokości 100 zł, to taka organizacja dysponuje rocznym budżetem w wysokości 3000 zł. Dużo kasy, pod warunkiem, że wpadło nam nieplanowanie 3000 zł na „drobne wydatki”, ale czy za 3000 zł rocznie będziesz w stanie utrzymać firmę, która nie zarabia? No właśnie.

Stowarzyszenie może oczywiście prowadzić jakąś działalność zarobkową (tzn. nie wiem, jak to jest dokładnie uregulowane prawnie, ale jakiś sposób pewnie jest), ale nie na samym początku. Poza tym konieczność zarabiania pieniędzy na utrzymanie organizacji stwarza wiele ryzyk, np.:

  • stronniczości – np. promujemy jakieś rozwiązanie, bo naciska na to firma, która nas sponsoruje, jednocześnie działając na niekorzyść innej firmy,
  • niereprezentowania wszystkich – przygotowujemy specjalne materiały dla osób, które uczestniczą w organizowanych przez nas szkoleniach, a na materiały dla wszystkich brakuje czasu,
  • koncentrowania się na pozyskiwaniu środków zamiast na działaniu – zamiast pisać pisma do rządu, chodzimy „po kawusiach” z właścicielami firm, żeby zdobyć chociaż kilka stówek na prawnika, który napisze to pismo albo poświęcamy miesiąc na wypromowanie szkolenia, którego potrzebujemy, żeby opłacić księgową i wydrukować ulotki i w tym czasie nic innego nie robimy, bo nie starcza nam na to czasu,
  • itd…

Żeby jakakolwiek organizacja miała działać skutecznie, a przypomnę, że nie mówimy o Towarzystwie Przyjaciół Muchomorów, tylko organizacji, która ma reprezentować KILKADZIESIĄT TYSIĘCY FIRM* w Polsce (!!!), musi mieć na to PIENIĄDZE!

* Z moich wyliczeń zamieszczonych w TYM artykule wynika, że w Polsce jest ok. 30 000 salonów świadczących usługi kosmetyczne.

Wiem, że mamy teraz ciężkie czasy, ale jeśli czegoś nie zrobimy, to te czasy będą jeszcze cięższe. Czy wydatek rzędu 100 lub nawet 300 zł rocznie, to jest wysoka cena za to, że ktoś w Twoim imieniu będzie walczył o to, żebyś Ty mogła sobie spokojnie pracować?

A co, jeśli te pieniądze zostaną zmarnowane?

Żeby coś zmarnować, to najpierw trzeba to mieć 😉

Ale ok, pytanie jest całkiem zasadne. Tutaj z kolei wychodzi nam problem LUDZI.

Jeśli w organizacji działa powiedzmy (trzymając się naszego przykładu hipotetycznej organizacji) 5 osób, to jak zmienić zarząd stowarzyszenia, gdy uznamy, że zarząd nie gospodaruje właściwie naszymi środkami? Zamienimy te 5 osób stanowiskami, czy zrobimy „łapankę” na fejsie: „ej, kto chce być prezesem”? 😉

Żartuję sobie trochę, ale jeśli nie mamy, powiedzmy 100 osób, które w mniejszym lub większym stopniu się angażują (oprócz płacenia rocznej składki np. deklarują, że są w stanie poświęcić kilka godzin w miesiącu na działania na rzecz organizacji i faktycznie to robią), to jak wyłonić kandydatów np. na lepszy zarząd?

Od tego są te wszystkie demokratyczne procedury: wybory, głosowania, komisje, weryfikacje, sprawozdania, sądy koleżeńskie (rzucam z głowy), żeby dało się działać sprawnie. Żeby jednak móc z nich korzystać, muszą być jakieś „zasoby ludzkie”: osoby decyzyjne, działające, kontrolujące, kandydaci na stanowiska osób decyzyjnych… Jeśli nie ma tych ludzi, to ponownie – NIE MA PRAWA SIĘ UDAĆ.

Kurcze dziewczyny, jest nas kilkadziesiąt tysięcy!!!

I mówię tutaj o ilości salonów, a przecież w jednym salonie czasami pracuje kilka osób… Dodajmy do tego osoby, które się uczą itd.

Gdyby chociaż połowa z tych 30 000 salonów zapłaciła składkę w wysokości 100 zł, to mielibyśmy roczny budżet w wysokości 1 500 000 zł!!! O tym, jak taka kwota mogłaby być spożytkowana, będzie jeszcze za chwilę.

Ok, koniec ogólnych rozważań. Pora na konkrety, czyli na to, jak ja widzę działanie takiej organizacji:

1. Musi być zatrudniona przynajmniej jedna kompetentna (może dwie – do weryfikacji w praktyce i rozbudowania w przyszłości) osoba, która będzie się na stałe zajmowała sprawami stowarzyszenia i muszą być pieniądze na NORMALNE COMIESIĘCZNE WYNAGRODZENIE dla takiej osoby, która będzie robić tylko to – praca po godzinach nie przyniesie rezultatów. Ktoś musi mieć wyznaczone zadania, angażować się w nie i być z nich rozliczany.

Właściwie to uważam, że powinien być ktoś odpowiedzialny za sprawy merytoryczne i ktoś do pomocy na zasadzie biura, sekretariatu, organizacji, kontaktu z członkami itd. Weźmy choćby publikacje w mediach i prostowanie różnych przekłamań. Przecież, żeby wychwycić takie rzeczy, to ktoś musi co najmniej godzinę dziennie poświęcić na reaserch w internecie… Coś o tym wiem, bo sama często robię takie rzeczy.

Dla porządku dodam, że nie wiem, jak od strony prawnej wygląda zatrudnianie pracowników w stowarzyszeniu, ale jakieś opcje wydaje mi się, że są. To jest zresztą mniej istotne, bo każdy taki problem da się jakoś rozwiązać.

2. Z taką organizacją na stałe musi współpracować zorientowany w temacie prawnik(/kancelaria), który również będzie za swoją pracę wynagradzany – wtedy z roli proszącego o przysługę wchodzimy w rolę klienta i mamy prawo domagać się efektów. Nie da się całe życie „lecieć na przysługach”, bo każdy w pewnym momencie ma dość takiej „pracy”.

Nawiązując stałą współpracę z prawnikiem (co oczywiście oznacza, ze trzeba mu/jej stale płacić) mamy „pod ręką” osobę, która jest w stanie napisać nam na szybko jakąś opinię do projektu rozporządzenia, pismo z prośbą o sprostowanie itd. Bez konieczności dzwonienia, szukania, proszenia się o pracę pro bono… W takich sytuacjach kluczowy jest czas reakcji!

3. Musi być również grupa osób (tutaj już być może wolontariuszy – zależnie od zakresu zaangażowania, bo osoby, które w przyszłości się sprawdzą, mogą przecież zostać zaangażowane odpłatnie w większym wymiarze), którzy będą m.in.:

  • doradzali stowarzyszeniu (eksperci z różnych dziedzin),
  • tworzyli materiały edukacyjne,
  • występowali w mediach,
  • kontaktowali się z politykami u siebie w regionie,
  • pomagali w organizacji różnych wydarzeń,
  • organizowali spotkania w szkołach, na uczelniach,
  • pozyskiwali sponsorów itd.

Ktoś musi np. napisać wiadomości do 460 posłów przed ważnym głosowaniem.

Powinien być fundusz, który pozwoli przynajmniej pokryć koszty ponoszone przez te osoby, bo na dłuższą metę nikt nie będzie w stanie wszystkiego finansować z własnej kieszeni. Poza tym już sam fakt bezpłatnej pracy jest wystarczającym obciążeniem. Nie dość, że poświęcam cały dzień, żeby np. jechać do ministerstwa na jakieś spotkanie i sama w tym czasie nie zarabiam, to jeszcze muszę sobie zapłacić za paliwo, jedzenie, hotel…

Oczywiście, idealnie byłoby, jakby wszyscy wszystko robili za darmo, ale na dłuższą metę to po prostu nie działa. Można pojechać raz, drugi, trzeci, ale przy dziesiątym każdy normalny człowiek dojdzie do wniosku, że traktuje się go jak frajera. Bo ja się tułam po kraju i tracę klientki, a moje koleżanki, o których interesy się bije, normalnie pracują i jeszcze mają do mnie pretensje, że zrobiłam coś, nie tak jak trzeba… Tak serio, zostawiając moralne oburzenie, weszłabyś w coś takiego?

Nawet największy idealista w końcu “wymięknie”. Jeśli zależy nam na efektach, to należy w to zainwestować. Pamiętajmy, że „inwestować” nie równa się kupować. Równie ważna, a nawet ważniejsza jest inwestycja w ludzi.

W każdym większym mieście powinno być przynajmniej kilka-kilkanaście (jeśli nie kilkadziesiąt, bo im więcej ludzi, tym rzadziej trzeba angażować pojedyncze osoby – praca rozkłada się na więcej rąk) osób z podziałem na grupy, kto się czym zajmuje.

W tym jedna bardzo ważna lista – osób które lubią „brylować” w mediach, bo w takich sytuacjach zawsze jest problem, że nawet jak jest ktoś chętny do pomocy, to boi się iść do telewizji. To kolejna sytuacja, w której trzeba szybko podejmować decyzje – media zwykle nie dają wiele czasu na odpowiedź – trzeba mieć pod ręką listę z numerami telefonów.

4. O tym, że musi być dużo członków i dużo składek, to wiadomo (no bo kto za to wszystko zapłaci?). Te osoby muszą być jednak również w stałym kontakcie, np. w formie grupy na Facebooku.

5. Zarówno z członkami stowarzyszenia, jak i z resztą świata należy się nieustannie komunikować, zawsze jak jest coś do zakomunikowania. Idziemy na spotkanie – post. Wysłaliśmy prośbę o sprostowanie – post. Zacytowano nas w artykule – post. Takimi rzeczami może zajmować się właśnie „pracownik biurowy”.

Brak komunikacji to brak zaufania. Co z tego, że coś się dzieje, jeśli nikt o tym nie wie? Jeśli nie można o czymś powiedzieć wprost (bo trwają jakieś narady tajne przez poufne), to należy napisać, że trwają narady tajne przez poufne. Przejrzystość i nieustanna komunikacja sprawia, że członkowie mają do takiej organizacji większe zaufanie, a nowe osoby chętniej się zapisują (i płacą składki). I co z tego, że druga strona też się o tym dowiaduje? To tak jak z pracą w salonie: jeśli ktoś Cię kopiuje, to nie jest powód do płaczu, tylko do radości – Ty jesteś przecież i tak o wiele kroków do przodu.

Tylko oczywiście (podkreślam kolejny raz) musi być ktoś, KTO ROBI coś, co można relacjonować i ktoś, KTO TO RELACJONUJE. Ktoś również musi tym osobom PŁACIĆ – np. ze składek członkowskich.

6. Uważam również, że o sprawach całej branży powinna decydować CAŁA BRANŻA, nawet jeśli ktoś nie jest oficjalnym członkiem takiej organizacji. To nie są czasy, w których można sobie zorganizować raz na pół roku jakiś zjazd, zrobić kilka głosowań. Wszystko dzieje się zbyt szybko.

Wiem, że osoby, które będą płaciły składki, mogą czuć się oburzone, że tylko one powinny mieć wpływ na działania organizacji, ale jednocześnie uważam, że jesteśmy tak podzielone (i w tak trudnej sytuacji), że trzeba robić wszystko, żeby branżę ZJEDNOCZYĆ. Jeśli będą wymierne efekty, więcej osób będzie ufać, dołączać, płacić -> będzie można działać jeszcze skuteczniej.

Jak to zorganizować od strony technicznej?

Myślę, że dobrym przykładem jest akcja #zrobmysobieprzepisy, którą 1,5 roku temu sama zorganizowałam w celu grupowego poprawiania projektu nowego rozporządzenia sanitarnego.

Przeanalizowałam dokument, wynotowałam wszystkie kontrowersyjne sprawy i każda z tych spraw miała swoją dyskusję, a następnie głosowanie na grupie Gabinet kosmetyczny od zaplecza na Facebooku.

W ten sposób wypracowałyśmy treść poprawek, z którymi zgodziła się przytłaczająca większość osób. Każdy miał prawo podrzucić swój pomysł, wymienić się argumentami, później głosowanie i kolejny temat. Na koniec zebrałam to wszystko w całość i przesłałam do Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Więcej o całej akcji możesz przeczytać TUTAJ.

Uważam, że taki sposób podejmowania decyzji jest najlepszy. Dlaczego? Jest kilka powodów:

  • każdy ma prawo głosu – nie tylko na etapie podejmowania decyzji, ale również zbierania i omawiania propozycji,
  • im więcej ludzi, tym więcej pomysłów, innych punktów widzenia, celnych spostrzeżeń, zasygnalizowania potencjalnych problemów – to przekłada się na lepsze efekty,
  • nie ma lepszych i gorszych – wszyscy biorą udział na równych prawach,
  • unikamy efektu „kółka wzajemnej adoracji”, gdzie każdy zgadza się z każdym, ten kto się ewentualnie nie zgadza, boi się odezwać i brakuje krytycznego spojrzenia na sprawę,
  • budujemy i wzmacniamy poczucie odpowiedzialności za siebie i innych,
  • nabieramy przekonania, że nasze zaangażowanie ma sens i przekłada się na konkrety (nie zawsze się udaje, ale mamy poczucie, że zrobiłyśmy wszystko, co się dało),
  • to z kolei sprawia, że więcej osób chce się angażować, robić coś dla wspólnego dobra – czujemy, że MAMY WPŁYW, a to jest ogromnie ważne,
  • doświadczamy, że żeby coś zrobić wcale nie trzeba mieć władzy, pieniędzy, że NASZ GŁOS NAPRAWDĘ MA ZNACZENIE,
  • osoby zaangażowane w podejmowanie decyzji, chętniej biorą udział w akcjach, które mają na celu promowanie danej sprawy – piszą, udostępniają, zbierają podpisy itd. (przecież to także „ich dziecko”), a to z kolei pomaga w osiąganiu celu,
  • zarówno sukcesy, jak i porażki mają „wiele matek” – ograniczamy ryzyko niezadowolenia, przepychanek – za decyzje odpowiada cała grupa, a nie konkretne osoby,
  • ograniczamy „strach przed działaniem”, „wychyleniem się” – decyzje podejmowane są wspólnie, więc nikt nie będzie miał pretensji w przypadku niepowodzenia (dużo mądrych ludzi z branży boi się odzywać w kontrowersyjnych tematach właśnie w obawie przed reakcjami innych),
  • eliminujemy też ryzyko ewentualnych konfliktów interesów – decyzje są podejmowane wspólnie, więc nie ma mowy o tym, że ktoś będzie chciał ugrać coś dla siebie (nawet jeśli, to zostanie to szybko zauważone),
  • wszystko jest transparentne – wszyscy wiedzą, co się dzieje, na czym stoimy, co możemy zrobić, co zależy od nas, a co nie – nie ma żadnych tajemnic, które często rodzą wiele problemów, nieporozumień, teorii spiskowych…

Żeby działać skutecznie, trzeba budować ZAANGAŻOWANĄ SPOŁECZNOŚĆ wokół ważnych spraw!

Kluczem do sukcesu jest tutaj słowo SKUTECZNIE. Nie wystarczą same wzniosłe ideały, dobre chęci, czy ciężka praca. Do tego typu spraw trzeba podejść tak jak do robienia biznesu, zresztą nie bez powodu już kilka użyłam w tym artykule porównań nawiązujących do prowadzenia firmy.

Co robisz jako szefowa, jeśli Twoi pracownicy mają ze sobą konflikt? Dobra szefowa odłoży na bok emocje, nie będzie się przyłączać do żadnej ze stron. Nie będzie się stawała stroną konfliktu. Zastanowi się nad jego przyczyną i takim rozwiązaniem, które pozwoli jak najszybciej przywrócić zgodę i dobrą atmosferę. Bo to jest cel – przywrócenie stanu, w którym biznes znów może funkcjonować bez przeszkód.

Przy załatwianiu ważnych spraw jest podobnie. To, co mnie się osobiście wydaje (np. w kwestii zapisów rozporządzenia), ma drugorzędne znaczenie. Mogę przedstawić swoje racje, ale muszę jednocześnie zostawić przestrzeń dla innych. Celem jest wypracowanie takiego rozwiązania, które będzie jak najlepsze dla jak największej grupy osób. Aby to osiągnąć, nie mogę sama generować konfliktów, podsycać napięć, podejmować niezrozumiałych dla innych, jednoosobowych decyzji. To oddala od osiągnięcia celu, zamiast do niego przybliżać.

Ok, koniec tych dygresji na temat zalet grupowego podejmowania decyzji. Wróćmy do głównego tematu.

Działanie organizacji branżowych w sytuacji kryzysowej

Mając na uwadze wszystko, co napisałam powyżej, uważam, że same organizacje branżowe, nie są w stanie “udźwignąć” obecnej sytuacji. Oczywiście powinny działać, powinno się stać to, o czym pisałam wyżej. Po prostu uważam, że w tej konkretnej sytuacji nie obejdzie się bez dodatkowej pomocy.

W tej chwili potrzeba nam naprawdę szybkich działań i sporych środków finansowych. Możemy oczywiście zrobić tak jak ostatnio i poprawić rozporządzenie, które się pojawi, ale obawiam się, że to za mało (co nie znaczy oczywiście, że sama tego nie zrobię, bo pewnie zrobię). Po drugiej stronie są jednak ogromne inwestycje w media, prawników… Jesteśmy za głęboko w lesie…

Można oczywiście zorganizować jakąś zrzutkę z doskoku, ale pamiętaj, że pieniądze, to tylko jeden z trzech kluczowych elementów (pieniądze, ludzie, czas i w zasadzie dołożyłabym do tego jeszcze dobrą organizację).

Ważne jest, żeby zrozumieć, że pozytywna decyzja w jakiejkolwiek sprawie zależy głównie od tego, na ile uda się przekonać osoby decyzyjne.

Do tego potrzebne są pisma, spotkania, artykuły w mediach, wystąpienia, wywiady, badania, analizy… Nie wystarczy niezgoda i wiara w to, że ktoś się za nami wstawi. Nikt się nie wstawi, bo po pierwsze, dlaczego miałby to robić i po drugie, jak ma się wstawić, jeśli 99% społeczeństwa nie ma zielonego pojęcia, o co chodzi w całej sprawie. Ba! Spora część naszej własnej branży nie ma pojęcia! Nie chcę rozwijać tego tematu, ale na przestrzeni ostatnich lat naprawdę mnóstwo razy słyszałam, że „przesadzam”, „panikuję”, „sieję zamęt dla własnych korzyści”…

Co trzeba zrobić właściwie natychmiast?

Moim zdaniem głównym problemem jest fakt, że opinii publicznej (i nawet części naszego środowiska!) umyka, że nie chodzi wyłącznie o te najbardziej kontrowersyjne zabiegi, których wykonywanie nawet w części środowiska kosmetycznego budzi pewne wątpliwości.

Bo to trochę wygląda tak:

Kosmetyczki robią botox, to niedopuszczalne. Nie powinny przerywać ciągłości skóry (choć ostatnio dominuje narracja o „naruszaniu integralności tkanek”), poza tym botox to lek. Zakażmy im!

Przeciętny odbiorca interpretuje to tak:

Co te kosmetyczki oszalały?! Leki podają? W takim razie faktycznie zakażmy tego przerywania ciągłości skóry!

I teraz pytanie, jaki procent salonów faktycznie wykorzystuje botox? Z moich doświadczeń wynika, że są absolutnie wyjątkowe sytuacje. Przytłaczająca większość specjalistów wie, że botox jest lekiem i trzyma się od niego z daleka.

Polecam zerknąć na wyniki jednej z przeprowadzonych przeze mnie ankiet, z której wynika, że większość gabinetów kosmetycznych nie chce robić nawet zabiegów z wykorzystaniem wypełniaczy.

inwazyjne zabiegi kosmetyczne

Cały artykuł na ten temat znajdziesz TUTAJ.

Czy w takim razie kosmetolodzy nie powinni wykonywać zabiegów z wykorzystaniem wypełniaczy? Na ten temat się nie wypowiadam, bo zwyczajnie nie mam ku temu odpowiednich kompetencji. O tym powinni rozmawiać eksperci, ale eksperci z obu stron!

Przeciętny odbiorca nie ma pojęcia o dużym zróżnicowaniu dostępnych na rynku zabiegów. Wystarczy poczytać komentarze na portalach plotkarskich, w których powiększającym usta celebrytkom komentujący radzą odstawić botox…

Przeciętnemu człowiekowi mylą się ze sobą różne zabiegi i wszystko trafia do „jednego worka”.

Nikt nie zdaje sobie sprawy, że np. po zakazaniu kosmetyczkom i kosmetologom przerywania ciągłości skóry, na następujące zabiegi:

  • makijaż permanentny,
  • przekłuwanie uszu,
  • oczyszczanie manualne skóry,

będzie trzeba się umawiać do lekarza. Lekarz pewnie nie będzie chciał ich wykonywać, więc klienci stracą możliwość skorzystania z profesjonalnej pomocy.

Powiecie, że to niemożliwe? Też uważam, że to niemożliwe w poukładanym świecie, w którym osoby decyzyjne mają pełną świadomość znaczenia i wagi podejmowanych decyzji, prowadzą szerokie konsultacje społeczne, a najwyższym ideałem, który im przyświeca, jest dobro ludzi. Nadal jesteś przekonana, że to niemożliwe?

No dobra, ale „lekarze przecież nie będą przekuwać uszu”. Racja, nie będą. Ale czy może się np. zdarzyć tak, że salony kosmetyczne będą miały zakaz przerywania ciągłości skóry i wszyscy będą przymykać oko “na uszy” („no bo przecież bez przesady”), a w momencie, w którym zaczniesz robić np. mezoterapię („no bo przecież bez przesady”) zapuka do Ciebie prokurator? Mało mamy tego typu sytuacji w przestrzeni publicznej (nie w salonach, tylko ogólnie)?

Prawo musi być rozsądne, a nie że machamy na nie ręką („no bo przecież bez przesady”), a później budzimy się w świecie, w którym nasza sytuacja prawna jest jeszcze bardziej pokręcona niż obecnie i boimy się robić czegokolwiek.

Przypomnę, że nie chodzi tylko o „przerywanie ciągłości”, ale również o sprzęt, wyroby medyczne… Tutaj też wszystko jest ze wszystkim pomieszane.

Skoro druga strona mówi tylko o botoksie i wypełniaczach, ignorując resztę zabiegów „niewygodną” dla ich argumentacji (pisałam o tym sporo w drugiej części artykułu), to może my powinnyśmy zrobić to samo i mówić wyłącznie o manicure i przekłuwaniu uszu? Zostawiam do przemyślenia, choć oczywiście lepsza byłaby merytoryczna rozmowa dwóch równorzędnych sobie stron.

Co możemy zrobić dla branży beauty?

Poniżej kilka propozycji z tak naprawdę całej masy pomysłów, które można by było zrealizować.

Istotna jest edukacja społeczeństwa w zakresie zabiegów dostępnych w gabinecie kosmetycznym – jakie zabiegi są dostępne, na czym polegają, czym się od siebie różnią, czy są bezpieczne itd.

Ważne jest również informowanie o skutkach wprowadzenia nieprzemyślanych regulacji. O tym, że sprawa nie jest tak prosta, jak się wielu osobom wydaje. Igła w rękach kosmetyczki – zło… Co w takim razie z makijażem permanentnym? Takie pytania przychodzą do głowy wyłącznie nam, profesjonalistom. Opinia publiczna również musi sobie zdawać sprawę z tego, że temat nie jest czarno-biały. Dyskusja o bezpieczeństwie jest potrzebna, ale właśnie DYSKUSJA!

W mediach powinni regularnie pojawiać się specjaliści z naszej branży beauty – w programach śniadaniowych, w prasie, w radiu, w internecie, w miejscach, które lubią i śledzą młode osoby (influencerki). To wymaga ogromnych nakładów finansowych, np. artykuł sponsorowany w popularnym tygodniku na 1 stronę A4 to koszt ponad 100 tys. zł (wg. cennika, po rabatach pewnie mniej)!

Nie trzeba oczywiście wydawać milionów na reklamy w tygodnikach lub tv. Można wykorzystać internet, ale tu raczej nie obejdzie się bez skorzystania z pomocy specjalnej agencji, bo to są działania na zbyt dużą skalę.

Jako branża powinniśmy stworzyć własne materiały, ale ich dystrybucję należy zlecić firmie, która ma do tego celu niezbędne narzędzia. Należy punktować właśnie takie absurdy jak przekłuwanie uszu. Pojedynczymi działaniami z doskoku niewiele uda się zdziałać.

Takie materiały powinny również dostać osoby z branży, żeby same edukowały swoje klientki, żeby wysyłały je do posłów i senatorów ze swojego regionu.

Kolejny temat to działania prawne – trzeba zainwestować w kancelarię, która w naszym imieniu zajmie się tym tematem. Będzie monitorować proces tworzenia prawa, słać pisma w odpowiednie miejsca.

Konieczna jest również działalność lobbingowa. Dla niewtajemniczonych zacytuję definicję z Wikipedii:

Lobbing polityczny, zwany także rzecznictwem interesów (z ang. advocacy) – pojęcie opisujące działania zgodne z prawem, zmierzające do wywarcia wpływu na organy decyzyjne w państwie (w szczególności legislatywę, egzekutywę lub władze samorządowe) w celu uzyskania korzystnej decyzji.

Tym też zajmują się profesjonaliści.

Czy to wszystko naprawdę jest potrzebne?

Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, czy takie szerokie działania są potrzebne, przyjrzyj się działaniom drugiej strony.

Osobom, które pracują sobie w małych salonach w małych miejscowościach, może wydawać się, że sprawa nie jest aż tak poważna. Przypominam jednak, że chodzi o możliwość zarabiania na swojej pracy co najmniej 30 000 firm w Polsce. Dodaj do tego wszystkich pracowników tych salonów. To są naprawdę ogromne pieniądze!

Wiesz, ile jest w Polsce górników? Businessinsider w ubiegłym roku podawał, że wtedy ta grupa zawodowa liczyła 83 tys. osób. Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że zbierając wszystkie aktywne zawodowo kosmetyczki i kosmetologów, wyjdzie podobnie lub przynajmniej porównywalnie. Dlaczego wspominam o górnikach? Bo chyba każdy w Polsce wie, jak mocno walczą oni o swoje prawa. Mają swoje związki zawodowe, które regularnie rozmawiają z rządem i często mają duży wpływ na kształtowanie polityki w całym kraju. A my co? No właśnie…

Od kilku lat w przestrzeni publicznej obecna jest narracja głównie jednej strony. Żeby dojść chociaż do punktu równowagi, trzeba włożyć w to naprawdę dużo pracy (i pieniędzy). Podkreślam, że mówię o równowadze, punkcie wyjścia, a nie o przekonaniu kogokolwiek do swoich racji. To kolejna porcja ciężkiej pracy.

Przypominam, choć było już o tym milion razy (np. w TYM artykule), że nie chodzi wyłącznie o te najbardziej kontrowersyjne i inwazyjne zabiegi. Chodzi również o takie usługi, które większość z Was codziennie wykonuje w swoich gabinetach!

W związku z tym uważam, że powinna powstać szeroka koalicja, obejmująca organizacje branżowe, firmy kosmetyczne, dystrybutorów sprzętu, hurtownie kosmetyczne, uczelnie, sympatyzujących z naszym środowiskiem ekspertów.

Musi być jednak ktoś, kto to wszystko zorganizuje i rozpędzi. Moim zdaniem najlepiej by było, gdyby była to jakaś większa firma działająca w branży lub koalicja kliku takich firm, najlepiej konkurencyjnych, żeby patrzyły sobie nawzajem na ręce (pytanie, jak to wygląda od strony prawnej, ale jak już wspominałam przy innych okazjach – jak się chce i ma prawnika, to pewnie legalne możliwości się znajdą), bo oni dysponują większym zapleczem organizacyjnym, kadrowym, finansowym…

Musiałoby to być prawdziwe porozumienie ponad podziałami. Bez oglądania się na swoje osobiste interesy. W interesie WSZYSTKICH – firm, uczelni, gabinetów i klientów jest zachowanie szerokiej dostępności podstawowych zabiegów kosmetycznych wykonywanych przez wykwalifikowanych specjalistów.

Czy znajdzie się ktoś, kto zechce przejąć pałeczkę i rozpędzić tę machinę? Może taka osoba przeczyta ten artykuł? Szykuje się spotkanie w tej sprawie. Wiem, że mają być na nim organizacje branżowe. Zaproszono również mnie. Nie wiem, czy będę mogła dojechać ze względu na moje problemy zdrowotne, które w ostatnich dniach znowu dały o sobie znać. Jeśli nie, to będę bardzo mocno zabiegać o możliwość uczestniczenia online. Moim zdaniem naprawdę dobrze by było, gdyby na tym spotkaniu byli obecni również przedstawiciele firm kosmetycznych – zgłoszę taki postulat.

Dlaczego napisałam ten artykuł?

Od dawna czułam potrzebę wyrzucenia z siebie tego wszystkiego. Podzielenia się refleksjami i frustracjami w nadziei, że ostatecznie wyniknie z tego coś dobrego. W ostatnich dniach jest to szczególnie ważne.

Wiem, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy ze sposobu funkcjonowania pewnych rzeczy, a uważam, że szczególnie w obliczu wyzwań, które przed nami stoją, wszyscy zdawać sobie sprawę powinni. Choćby po to, żeby w odpowiedniej chwili sprawnie i świadomie dołączyć do ważnych działań.

Myślę, że to, czy ostatecznie nam się uda, w dużej mierze zależy od indywidualnego podejścia każdej z nas. Od świadomości wagi problemu i gotowości do pomocy, czy to finansowej, czy organizacyjnej, czy po prostu Waszej aktywności w mediach społecznościowych.

Myśląc o spotkaniu, o którym Wam wspominałam, chciałam również podzielić się moim pomysłem na zorganizowanie pewnych spraw, na podejście osób, które będą podejmować decyzje odnośnie dalszych działań, na zorganizowanie współpracy z całym naszym środowiskiem i sposób angażowania go w różne przedsięwzięcia. Jeśli uda mi się uczestniczyć, powiem tam dokładnie to samo, co tutaj. Jeśli nie, przekażę mój głos w formie tego tekstu.

Chciałam również zmierzyć się z powszechnym, ale nieprawdziwym przekonaniem, że cokolwiek może się wydarzyć poza nami, że można sprawnie i skutecznie działać, nie mając ku temu odpowiednich środków. Że coś mogłoby się wydarzyć, ale nie wydarza się z jakichś tajemnych, niezidentyfikowanych przyczyn. Przyczyny są jasne i myślę, że dość czytelnie nakreśliłam Wam, co warto zmienić, żeby więcej rzeczy zaczęło się WYDARZAĆ.

Oczywiście jak każdy i ja nie jestem nieomylna. Możesz mieć inne zdanie, nie zgadzać się ze mną, mieć odmienną wizję. Jeśli tak jest, napisz koniecznie w komentarzu, jaki jest Twój pomysł na rozpracowanie tego tematu. Im więcej dyskusji, tym lepsze efekty!

Będę również bardzo wdzięczna, jeśli pomożesz mi dotrzeć z tym tekstem do jak największej liczby ludzi w branży. Skopiuj link i wyślij znajomym, polub, skomentuj i udostępnij post z tym artykułem na profilu Gabinetu od zaplecza na Facebooku (najpierw pojawią się posty z poprzednimi częściami, ale wszędzie są linki do pozostałych, więc warto podawać dalej każdy z nich). Myślę, że to ogromnie ważne, żeby ten tekst przeczytał każdy, komu choć trochę zależy na naszej zawodowej przyszłości.

Będę bardzo szczęśliwa, jeśli uda mi się wywołać dyskusję, nie tylko tu w komentarzach pod artykułem, ale również w mediach społecznościowych.

I jeszcze…

PS: Zdaję sobie sprawę, że pewnie kilka osób po przeczytaniu tego artykułu pomyśli sobie: ej, Ania, a może Ty się tym zajmiesz? Moja odpowiedź brzmi: nie. Dlaczego? Powodów jest co najmniej kilka. Wymienię je krótko poniżej, bo po tak długim tekście chyba jestem Ci to winna. Skoro „tak doskonale” wszystko rozplanowałam, to dlaczego sama tego wszystkiego nie zrobię?

Między innymi dlatego, że:

  • gdybym była zaangażowana w prace jakiejś organizacji – ten artykuł po prostu by nie powstał – myślę, że istnieje potrzeba prowadzenia takiej działalności jak moja, niezależnie od obecności branżowych stowarzyszeń – kogoś, kto jest trochę „poza systemem” i na różne sprawy ma nieco inne, świeże spojrzenie, nie jest z nikim związany, do niczego zobowiązany, od nikogo zależny itd.,
  • gdybym rzuciła się w wir pracy w jakiejś organizacji, Gabinet od zaplecza w takiej formule jak dotychczas przestałby istnieć, a myślę, że jest na tyle pomocny dla wielu z Was, że byłoby trochę szkoda (moja praca jest na tyle specyficzna, że nie ma osoby, która byłaby mnie w stanie zastąpić) – można by było powiedzieć, że ja już mam swoją „małą misję”,
  • jest to zbyt duże przedsięwzięcie logistyczne, które zdecydowanie przerasta moje możliwości – nie podejmuję się realizowania projektów, o których wiem, że zorganizować ich nie jestem w stanie,
  • nie jestem „zabiegowcem”, moje doświadczenia w tym temacie zakończyły się niedługo po skończeniu studiów, nie interesuje mnie ten aspekt pracy salonu, w związku z czym uważam, że nie byłabym w stanie prowadzić dyskusji na ten temat, zgłaszać rozsądnych postulatów, np. związanych z parametrami sprzętu, który może być bezpiecznie wykorzystywany w salonach itd.,
  • i mówiąc najzupełniej szczerze, ja się do takiej pracy po prostu zupełnie nie nadaję – jestem dobra w zbieraniu informacji, analizowaniu, punktowaniu, planowaniu itd., ale totalnie nie nadaję się do pracy z ludźmi, jak słyszę „wyjazd”, to robi mi się słabo, jak słyszę „spotkanie”, to pytam, „czy muszę?”, jak ktoś mnie wyrzuca drzwiami, to nie wchodzę oknem, tylko przepraszam, czerwienię się i uciekam, mieszkam daleko od ośrodków decyzyjnych itd. – w charakterze osoby zarządzającej taką inicjatywą bardzo bym się męczyła, a męczenie się w pracy uważam za najlepszy sposób na jej złe wykonywanie; żeby działać skutecznie – musi tym zarządzać ktoś, kto ma do tego odpowiednie zdolności i będzie wykonywał tę pracę z pasją.

ALE…

Nie zmienia to jednak faktu, że od wielu lat angażuję się w ważne dla branży sprawy i nadal będę to robić. Po prostu mam świadomość, w czym jestem dobra, a w czym nie. Działam w takim zakresie, w jakim mogę wykorzystać swoje talenty i mocne strony. Staram się również (w pozytywnym sensie) wykorzystywać fakt, że śledzi mnie i ufa mi wiele osób z branży. Mam wrażenie, że jak dotąd wychodzą z tego dobre rzeczy.

Oferuję również moje bezpłatne wsparcie, czy to w wymyślaniu różnych rzeczy, w konkretnych akcjach, czy w rozpowszechnianiu ważnych informacji organizacjom, które podejmą się działań zmierzających do uchwalenia dobrych dla nas regulacji prawnych.

Mam również zamiar nadal organizować akcje podobne do opisanej wyżej #zrobmysobieprzepisy, pisać do państwowych instytucji, analizować pomysły na nowe regulacje prawne, wyszukiwać zagrożenia i przekazywać Wam informacje. To jest jak najbardziej w moim zasięgu, o ile oczywiście wspomożecie mnie czasami w jakichś kwestiach technicznych, co zresztą zawsze chętnie robicie.

Przy okazji wspomnę, że w omawianej w tym artykule sprawie wysłałam już sporo pism, m.in. (rok temu) „list protestacyjny” – obszerny (30 stron) dokument omawiający skutki wprowadzania nieprzemyślanych regulacji. List został wysłany do 16 instytucji i 37 redakcji różnych mediów. Z samym listem możesz zapoznać się TUTAJ, a z jego efektami (odpowiedzi z instytucji i relacje w mediach) w BAZIE WIEDZY. Jest tego sporo, więc nie będę linkować tutaj osobno.

PPS: Jeśli chcesz dołożyć swoją cegiełkę do moich działań na rzecz branży beauty, zajrzyj proszę do sklepu i poszukaj czegoś dla siebie. Gabinet od zaplecza utrzymuję wyłącznie z pieniędzy z Waszych zakupów w sklepie. Każdy kupiony przez Was e-book lub kurs, to dodatkowy czas, który mogę przeznaczyć na tworzenie bezpłatnych artykułów z poradami dla Was oraz monitorowanie i puszczanie dalej w świat ważnych tematów.

podrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznym
Tagi :