Jakie będą praktyczne konsekwencje zakazu wykonywania zabiegów z listy przekazanej Ministerstwu Zdrowia przez lekarzy? Co się stanie z gabinetami kosmetycznymi, jeśli zmiany wejdą w życie? Jakie będą konsekwencje finansowe? Czy to oznacza koniec kosmetologii w Polsce?

Działania zmierzające do ograniczenia kosmetyczkom i kosmetologom prawa do wykonywania wielu zabiegów nabierają tempa. To już nie są wyłącznie postulaty lekarzy – do prac aktywnie włączyło się Ministerstwo Zdrowia. Najwyższy czas, aby uporządkować fakty i pokazać, jakie będą praktyczne konsekwencje realizacji takich pomysłów.

W artykule będę czasami odnosić się do ostatniego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Podiatrii, Podologii i Kosmetologii (które zrelacjonowałam tutaj), ale tak naprawdę nie chodzi o samo posiedzenie, bo tematy, które były tam omawiane, są obecne w przestrzeni publicznej już od dłuższego czasu.

Czy argumenty, które padają, mają sens? O co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi?


O co w tym wszystkim naprawdę chodzi?

Zacznę może od tego, co niestety nie wybrzmiało dostatecznie mocno na posiedzeniu zespołu, przynajmniej w jego pierwszej części. Z wielu wypowiedzi można było odnieść wrażenie, że lekarze sobie leczą i tu nagle ktoś zaczyna im wchodzić w kompetencje. Przy takim postawieniu sprawy oczywista wydaje się reakcja: trzeba natychmiast coś z tym zrobić!

Rzeczywistość jednak wygląda trochę inaczej, mianowicie jeszcze jakiś czas temu sytuacja w uproszczeniu wyglądała tak, że każdy miał swoją „działkę” i nikomu nie wchodził w drogę:

Wraz z rozwojem technologii i pojawianiem się nowych metod rósł zakres możliwości zabiegowych, zarówno w kosmetologii, jak i w medycynie estetycznej:

W końcu doszliśmy do punktu, w którym te dwie branże zaczęły korzystać z podobnych metod i pojawił się konflikt:

Żeby być uczciwym, trzeba dodać, że to nie jest konflikt wyłącznie „biznesowy”. Część inwazyjnych zabiegów rzeczywiście niesie za sobą ryzyko powikłań, jednak sam fakt istnienia jakiegokolwiek ryzyka nie jest wystarczającym argumentem. Nie chcę sprowadzać problemu do absurdu, ale prawda jest taka, że całe nasze życie jest ryzykowne. Nie zamkniemy się w domu, żeby uniknąć wypadku, nie zakażemy produkcji noży tylko dlatego, że ktoś użył noża, by zrobić komuś krzywdę.

Ryzyko jest naturalnym elementem naszego życia i trzeba to ryzyko w każdej sytuacji dokładnie przeanalizować, oszacować oraz wyważyć potencjalne korzyści i straty.

Nie zakażemy produkcji noży, bo potencjalne korzyści z tym związane (być może spadek liczby napadów, choć i na to nie ma gwarancji, bo równie dobrze przestępca może użyć cegły) nie przewyższają potencjalnych strat (38 milionów Polaków nie będzie miało czym pokroić chleba).

Zmierzam do tego, że sam fakt możliwości występowania powikłań po jakichś zabiegach nie może być argumentem, który usprawiedliwia zakazywanie wykonywania tych zabiegów. Trzeba uwzględnić:

  • wspomniane ryzyko powikłań – czy istnieje,
  • jak często mogą zdarzać się potencjalne powikłania,
  • stopień ciężkości potencjalnych objawów niepożądanych, powikłań – na ile są niebezpieczne (jeśli ryzyko sprowadza się np. do tego, że skóra przez kilka dni może być lekko zaczerwieniona, to nie jest poważny problem),
  • sposoby eliminowania ryzyka powstania powikłań – czy np. stosując się do pewnych zasad, możemy takie ryzyko niemal zupełnie wyeliminować, czy nie,
  • mechanizm działania zabiegu,
  • stopień jego inwazyjności,
  • wiedzę i umiejętności niezbędne do prawidłowego wykonania zabiegu – jakie kompetencje musi mieć osoba, żeby prawidłowo wykonać zabieg, co musi wiedzieć, umieć,
  • i pewnie jeszcze wiele innych czynników.

Jak już to wszystko przeanalizujemy, to dostaniemy odpowiedź na pytanie, kto może wykonywać dany zabieg.

Może np. dojdziemy do wniosku, że pewne zabiegi powinni wykonywać lekarze, pewne kosmetolodzy, a pewne zabiegi mogą być wykonywane przez kosmetologów np. po dodatkowych, akredytowanych szkoleniach? Po co marnować potencjał ludzi, którzy ukończyli 5-letnie studia i po studiach intensywnie się dokształcali?

Nie można zakazywać wszystkiego, opierając się wyłącznie na argumencie „bezpieczeństwa pacjentów”. Idąc tym tropem, powinniśmy zakazać stosowania kosmetyków, bo przecież taki kosmetyk może kogoś uczulić.

Nie ma również sensu opierać się na argumencie: nie rób zabiegu, jeśli nie potrafisz wyleczyć powikłań, bo znowu dochodzimy do absurdu: kosmetolog nie może leczyć alergii, która wystąpiła po zastosowaniu kosmetyku, więc nie powinien stosować żadnych kosmetyków albo szef kuchni nie może leczyć objawów alergii na orzechy, więc nie może ich stosować w potrawach. Ktoś kiedyś stwierdził, że dobrym rozwiązaniem w przypadku restauracji będzie przekazanie klientowi informacji o potencjalnych alergenach występujących w danej potrawie. Nie chodzi mi oczywiście o to konkretne rozwiązanie, tylko o samo zastanowienie się nad sensownym rozwiązaniem. Skoro tam się dało, to dlaczego u nas się nie da?

Nie sama możliwość wystąpienia komplikacji jest tutaj istotna, tylko wszystko to, o czym pisałam wyżejkompleksowa analiza ryzyka i możliwie nieuciążliwych dla rynku sposobów jego obniżenia.


Ok, mamy te nasze nachodzące na siebie pola, których istnienie moim zdaniem nie wybrzmiało wystarczająco na posiedzeniu zespołu. Owszem, pod koniec była już dyskusja na ten temat, ale moim zdaniem (dlatego sama od tego zaczęłam) to powinien być punkt wyjścia. Inne przedstawianie sprawy mocno zakrzywia jej obraz, wtłaczając nas na trochę populistyczne tory „bezpieczeństwo jest najważniejsze”. Owszem jest, ale jak wyżej udowodniłam, nie można mówić o bezpieczeństwie w oderwaniu od analizy ryzyka wystąpienia potencjalnego zagrożenia, bo w ten sposób dochodzimy do absurdów, które nijak nie sprzyjają konstruktywnemu rozwiązaniu problemu.

Co zrobić z tymi polami? Faktycznie, spotkać się NA RÓWNYCH ZASADACH (do tego jeszcze wrócę) i wypracować kompromis. Kompromis oparty o to, o czym pisałam wyżej, czyli rzetelną analizę ryzyka, a nie czyjeś widzimisię.

Gdyby faktycznie do tego doszło, myślę, że przysłużyłoby się to wszystkim, bo każdy by wiedział, co może robić, skończyłyby się wzajemne animozje, które obniżają zaufanie do wszystkich i faktycznie wzrosłoby bezpieczeństwo.


Dlaczego nie zajmujemy się ważniejszym problemem – osobami bez kompetencji?

Kolejną sprawą, która moim zdaniem dostatecznie nie wybrzmiała (a powinna) jest obecność na rynku osób bez kompetencji. Oczywiście wszyscy narzekali, że osoby bez wykształcenia się szkolą, wykonują zabiegi, ale tutaj trzeba postawić naprawdę grubą krechę i zadać sobie pytanie, kto tak naprawdę odpowiada za te słynne już, pokazywane w telewizji powikłania? Ktoś to zbadał? Mamy jakieś statystyki?

Mam wrażenie, że narracja bywa też taka, że są „dobrzy” lekarze i zła „reszta”. Problem w tym, że w worku „reszta” automatycznie lądują specjaliści i osoby, które nie mają absolutnie żadnego przygotowania. Wracając do naszych rysunków:

Osoby bez kierunkowego wykształcenia, po kilkudniowych kursach:

  • wchodzą w kompetencje wszystkich, choć w większym stopniu w kompetencje środowiska kosmetycznego,
  • obniżają jakość i bezpieczeństwo usług,
  • „psują rynek”, zaniżając ceny i jeśli czyta to ktoś niezwiązany z branżą, nie chodzi o „pazerność” specjalistów, tylko o to, że dużo kosztów generuje właśnie odpowiedni poziom bezpieczeństwa i prowadzenie działalności w sposób legalny (jeśli opłacam dezynfekcję, sterylizację, akcesoria jednorazowe, ZUS, podatki, szkolę się itd. to po prostu musi więcej kosztować),
  • nie posiadają odpowiedniej wiedzy, a to, jak wiemy, generuje większe ryzyko popełniania błędów i potencjalnych powikłań (choć podkreślam, że nie słyszałam, żeby ktoś przeprowadził rzetelne badania na temat źródeł powikłań).

No i teraz mały quiz, która grupa stanowi większy problem? Specjaliści, czy osoby niezwiązane z branżą?

Jeśli zależy nam na bezpieczeństwie, to może lepiej zacząć od zastanowienia się nad sposobem rozwiązania problemu osób bez wykształcenia, a nie uderzać w specjalistów, którzy już i tak zmagają się ze skutkami działalności osób bez wykształcenia?

Może to w wystarczającym stopniu rozwiązałoby problem? Ktoś się nad tym rzetelnie zastanowił?

No, chyba że uznajemy, że dobrym sposobem na pozbycie się myszy jest zniszczenie domu, w którym ta mysz grasuje. Przesadzam? Patrząc na listę zabiegów, które chce nam się zabrać, nie uważam takiego porównania za przesadne.

Właśnie… Lista zabiegów…


Lista zabiegów, które zostały nazwane procedurami medycznymi

Problem z tą listą (pełną listę znajdziesz tutaj) polega na tym, że znajdują się na niej zabiegi, które moim (i wielu ludzi z branży) zdaniem faktycznie powinni wykonywać lekarze, jak również zabiegi, które stanowią podstawę działania gabinetów kosmetycznych. Te pierwsze każdy łatwo skojarzy, patrząc na nazwy. Te drugie są sprytnie ukryte np. pod parametrami urządzeń. Wystarczy zerknąć choćby na te 2 punkty:

Pierwszy zrozumie każdy, do drugiego już przydałby się „tłumacz”,

Tak na marginesie sama nazwa tej listy zabiegów wydaje się być „odrobinę” zaciemniająca istotę problemu. Przepraszam, nie listy zabiegów, tylko „listy procedur medycznych zaliczanych do zabiegów medycyny estetycznej wykonywanych przez lekarzy i lekarzy dentystów”, bo tak to zostało nazwane przez autorów.

Mamy tutaj tryb oznajmujący. Informuje się nas, że:

  • są to procedury medyczne,
  • że te procedury są zaliczane do zabiegów medycyny estetycznej,
  • że są wykonywane, co sugeruje opis aktualnego stanu,
  • i dodatkowo że są wykonywane przez lekarzy i lekarzy dentystów.

Weźmy np. taką depilację laserową łydek. Czy to jest oczywiste, że jest ona procedurą medyczną i że ma być wykonywana przez lekarza? No, nieszczególnie.

Lepiej by było więc zatytułować listę np. tak: „procedury, które środowisko medyczne proponuje uznać za zabiegi medyczne zaliczane do medycyny estetycznej i które ich zdaniem powinny być wykonywane przez lekarzy i lekarzy dentystów”.

Tylko że takie sformułowanie oznaczałoby możliwość prowadzenia jakiejś dyskusji, a z dyskusji mogłoby np. wyjść, że może ta depilacja łydek jednak nie jest procedurą medyczną. To by był kłopot.

Lekarz mówi, że coś jest procedurą medyczną. No i teraz pytanie, kto ma odwagę powiedzieć, że nie jest? Kto w ogóle ma odwagę to zakwestionować? Tym bardziej, jeśli mówimy o osobach, które ani z medycyną, ani z kosmetologią nie mają nic wspólnego, np. o politykach. W tym miejscu jest zastawiona na nas „pułapka”:

Lekarz twierdzi, że to procedura medyczna, więc nie kłóć się kosmetologu, Ty jesteś od upiększania, a nie od leczenia – temat zamknięty.

W ślad za tym idą stanowiska w stylu, że o kosmetologii to oczywiście możemy dyskutować, no ale przecież nie o procedurach medycznych, a że w tych „procedurach medycznych” mieści się wiele zabiegów kosmetologicznych, to już taki „detal”.

Magiczne hasło „procedur medycznych” znów zamyka wszelkie dyskusje, zanim te się jeszcze zaczną (tak samo było w omawianym wcześniej przypadku „bezpieczeństwa”).

To tak, jakbym powiedziała, że oczywiście możemy porozmawiać o tym ostatnim miejscu parkingowym, na które właśnie zajęłam, ale to jest miejsce tylko dla zielonych samochodów, a ja właśnie mam zielony samochód. Dlaczego tylko dla zielonych? Bo minutę wcześniej wyjęłam z kieszeni kredę i napisałam na asfalcie „tylko dla zielonych samochodów”. Chętnie bym o tym z Tobą porozmawiała, ale wiesz, to nie ma sensu, bo twój samochód przecież nie przestanie być niebieski, prawda?


Nie jestem specjalistką w kwestiach zabiegowych, dlatego o analizę listy zabiegów poprosiłam ekspertów. Całą analizę znajdziesz tutaj, a fragmenty przywołam jeszcze w dalszej części tego artykułu.

W tej chwili kluczowe jest dla nas to, że wszyscy profesjonaliści, z którymi rozmawiałam, twierdzą, że przy tak ustalonej granicy, z gabinetów kosmetycznych zniknie bardzo dużo wykonywanych w nich obecnie usług. Usług dodajmy wcale nie kojarzących się z medycyną estetyczną, tylko z kosmetologią.

Przekładając to na nasz język obrazkowy, mamy coś w tym stylu:

Zwróć uwagę na tę część rysunku:

To są zabiegi, których nazwy nie padały w mediach. Zabiegi z wykorzystaniem sprzętu i kosmetyków, które są w ofercie bardzo wielu gabinetów, a które mogą nam teraz zostać zabrane, np. depilacja laserowa lub większość peelingów chemicznych. Pełną listę zabiegów znajdziesz TUTAJ.

Gdyby taki scenariusz się ziścił, będzie to oznaczało praktyczny koniec zawodu kosmetologa. No bo po co męczyć się 5 lat na studiach? Żeby mieć w ofercie manicure (2 razy drożej niż u tych, którzy pracują w domu „na czarno”) i sprzęty, które każda klientka może sobie kupić w pierwszym lepszym markecie?

Tak, dokładnie – w markecie, ale nie tylko. Również na licznych stronach internetowych, na portalach aukcyjnych

Za chwilę dojdziemy do sytuacji, w której klientka będzie mogła sama sobie zrobić w domu więcej, niż kosmetolog po 5 latach studiów w profesjonalnym gabinecie!

Oczywiście, mamy również zabiegi pielęgnacyjne, upiększające… Nie mamy jednak tego, co przez ostatnie lata decydowało o rozwoju naszej branży, czyli nowych technologii. Po co zatem studiować, skoro to, co zostanie można spokojnie „ogarnąć” w ramach technika? Studia po prostu stracą sens, przynajmniej w kontekście pracy w salonie.


Tu płynnie przechodzimy do kolejnego worka z problemami, mianowicie:

  • czym właściwie powinni zajmować się kosmetolodzy, po co ten zawód,
  • gdzie w tym wszystkim będzie miejsce dla techników usług kosmetycznych,
  • czy ktoś policzył skutki finansowe tych wszystkich pomysłów?

Zacznę od dwóch ostatnich spraw.


Czy ktoś pomyślał o kosmetyczkach?

W całej tej dyskusji niewiele słychać o kosmetyczkach. Bo albo uznajemy, że technik usług kosmetycznych jest zawodem „wymierającym” i wszyscy prędzej czy później będą robić studia, albo mamy na niego jakiś pomysł.

Dlaczego „wymierającym”? Mamy coraz więcej szkół wyższych, które kształcą kosmetologów. Wiele młodych osób, które interesują się tą dziedziną, wybiera studia, bo mam wrażenie, że w naszym społeczeństwie funkcjonuje takie przekonanie, że studia dają większe szanse na rynku pracy, więc lepiej te studia mieć, niż ich nie mieć. Mamy również coraz więcej techników usług kosmetycznych, którzy dodatkowo studiowali lub studiują kosmetologię i już są, lub za chwilę będą także kosmetologami. Poza tym sama dziedzina wiedzy intensywnie się rozwija, więc siłą rzeczy potrzeba tej wiedzy więcej, potrzeba więcej czasu na jej zdobycie. Pojawia się też problem posiadania odpowiedniego zaplecza do prowadzenia edukacji, które np. w ramach szkół policealnych trudniej zapewnić. Temat rzeka…

Naturalną drogą byłoby zastanowienie się nad rolą technika usług kosmetycznych. Czy kształcenie w takiej formie, jak obecnie ma sens? Może kształcenie techników lepiej sprawdziłoby się w formie kompleksowego przygotowania w jednej wybranej dziedzinie kosmetologii? Ja tego nie wiem, głośno myślę, ale sytuacja, w której technik i osoba po studiach w praktyce robią dokładnie to samo, jest odrobinę bez sensu. To jest duża i potrzebna dyskusja (oczywiście z uwzględnieniem praw osób, które mają tytuł technika i od dawna pracują w branży). Dyskusja, której nikt nie prowadzi!

Podkreślę może, żeby głośniej wybrzmiało: dyskusja, której nikt nie prowadzi, jednocześnie zmieniając program kształcenia dla kosmetologów. Gdzie tu logika?

Skoro kosmetolog po 5 latach studiów, zdaniem niektórych, jest niewystarczająco kompetentny do wykonywania np. depilacji laserowej łydek, to czym w tym kontekście powinni zajmować się technicy?

Zaczynanie regulacji od wycięcia części zabiegów i przekazania ich lekarzom, jest jak sprowadzenie porządków w domu do wrzucenia do szafy tego, co leży na widoku i domknięcia szafy kolanem.


Skutki proponowanych zmian dla całego rynku kosmetycznego

Jeśli zrobimy w tym miejscu „ciach”:

to jakim cudem chcemy tę niewielką resztę podzielić na dwie duże grupy zawodowe: kosmetologów i techników usług kosmetycznych? Żeby być precyzyjnym, to do tych dwóch specjalistów trzeba jeszcze dołożyć wszystkie osoby bez wykształcenia, na które owszem wszyscy narzekają, ale jakoś nikt nie proponuje konkretnych rozwiązań w tym zakresie. Skoro pomysłów brak, to znaczy, że te osoby nie znikną z rynku.

To zresztą też jest bardzo ciekawy sposób rozwiązywania problemów.

Problem: osoby po 2-dniowych kursach robią inwazyjne zabiegi.

Rozwiązanie: Hmm… Co by tu zrobić? Jak rozwiązać ten problem? Eureka! Zakażmy wykształconym specjalistom wykonywania tych zabiegów i przy okazji jeszcze innych!

Genialne, prawda?

Skupmy się jednak na razie na tym naszym „tasakowym kłopocie”, w uzupełnionej wersji:

Z czego utrzymają się legalnie działające firmy, prowadzone przez odpowiednio wykształcone i kompetentne osoby? Lekarze „załatwią” sobie problem – jeśli większość zabiegów zostanie uznana za procedury medyczne, to oni nie będą mieli problemu ze „specjalistami” po 2-dniowych kursach. Co z innymi uczestnikami rynku? Czy naprawdę nikt nie widzi potencjalnych problemów, które wygeneruje taka sytuacja?

Dlaczego zamiast zajmować się realnym problemem, używamy tasaka, który narobi mnóstwo szkód?

Już widzę oczami wyobraźni, jak w tym momencie wkracza argument „ale bezpieczeństwo”, „to smutne, ale przecież najważniejsze jest bezpieczeństwo”. Na szczęście z tym argumentem już się zawczasu rozprawiłyśmy, więc mamy go z głowy. Możemy z czystym sumieniem przejść do tego, co leży na drugim końcu drogi „prawości” i „moralności”, czyli pieniędzy. Ok, już przywołuję się do porządku, bo miałam być poważna, a zaczynam ironizować.

Dyskusja o rynku, pieniądzach i skutkach ekonomicznych nie jest oznaką braku odpowiedzialności. Wszyscy mamy świadomość, że oprócz ochrony zdrowia, państwo musi zajmować się również innymi obszarami życia, np. gospodarką, rynkiem pracy itd. W każdym z tych obszarów musi być względna równowaga, bo super szpitale nie pomogą ludziom, którzy będą umierać z głodu z braku pracy i pieniędzy.

Powtarzam: bezpieczeństwo tak, ale oparte na rzetelnej analizie ryzyka, a nie na czyimś „widzimisię”. W tej drugiej sytuacji bezpieczeństwo staje się jedynie pretekstem.

Nie możemy krzyczeć „bezpieczeństwo” i robić „wielkiego ciach”, bo zbierzemy plony w postaci:

  • upadłości wielu firm,
  • problemów z niemożliwym do spłaty zadłużeniem przedsiębiorców,
  • utraty miejsc pracy,
  • wzrostu bezrobocia,
  • rozrostu szarej strefy,
  • dużych strat dla budżetu państwa.

W tej chwili praktycznie nikt nie kontroluje i nie ściga osób pracujących w domu na czarno bez zachowania żadnych standardów, chociażby higieny. Kontrola sanepidu? No jak, przecież firma nie istnieje, to jak sanepid ma ją skontrolować, skoro jej nie ma? Proste? Proste! Skoro z takimi osobami nie radzi sobie sanepid i skarbówka (gdyby sobie radzili, to w internecie nie byłoby setek ogłoszeń od takich osób) to jakim cudem zakazanie profesjonalistom wykonywania zabiegów sprawi, że przestaną je wykonywać osoby, które nie są profesjonalistami?

Przecież to prosta droga do rozrostu szarej strefy i spadku bezpieczeństwa!

Jeśli celem jest walka z brakiem kompetencji prowadzącym do niebezpiecznych sytuacji, to dlaczego uderzamy w osoby kompetentne, które takiego niebezpieczeństwa nie generują? Oczywiście w każdym zawodzie znajdzie się jakaś „czarna owca”, ale co do zasady chyba zgodzimy się, że większym zagrożeniem dla klienta jest np. krawcowa po 2-godzinnym kursie online, niż kosmetolog po 5-latach studiów?

Czy tu aby na pewno chodzi o bezpieczeństwo?


Zróbmy mały eksperyment myślowy…

Jesteś kucharzem z wykształcenia i otwierasz restaurację. Masz w ofercie śniadania, obiady i kolacje. Bierzesz kredyt i kupujesz profesjonalny sprzęt do kuchni. Wszystko się rozwija, klienci najedzeni i zadowoleni. Reklamacji nie zgłaszają. Nagle ktoś przychodzi i mówi Ci, że niestety jesteś niewystarczająco wykwalifikowana do gotowania obiadów i kolacji. Owszem, śniadania to sobie możesz robić, ale obiady i kolacje, to już nie, bo to za duże ryzyko. Ktoś się przecież może zatruć Twoim jedzeniem! Taka sytuacja zresztą miała miejsce nieopodal – w budce z hot dogami na rogu, przy rynku doszło do masowego zatrucia. W związku z tym od teraz obiady i kolacje będzie mogła gotować tylko jedna wybrana grupa osób i Ty się do tej grupy nie zaliczasz.

Nie masz się jednak czym martwić, bo śniadania możesz robić, ale tylko kanapki (bez jajek). Od jajek musisz się trzymać z daleka, bo salmonella, a przecież nie dysponujesz w swojej restauracji oddziałem szpitalnym, który leczy osoby z salmonellą. Także koniec z jajecznicą, jajkami na twardo… Co z tego, że nie utrzymasz się z robienia kanapek? Że nie wystarczy Ci na ZUS, kredyt, że zwolnisz pracowników i zostaniesz z długami… Przecież tu chodzi o bezpieczeństwo!

Wiem, że powyższy przykład jest odrobinę przejaskrawiony, ale podałam go, bo wiele absurdów aktualnej sytuacji gabinetów kosmetycznych widać ostrzej, jeśli spróbujemy sobie to przenieść na jakąkolwiek inną branżę.

Kolejny raz podkreślam, tu jest potrzebna kompleksowa analiza ryzyka! Każdego zabiegu z osobna, a nie wrzucanie wszystkich i wszystkiego do jednego worka, który zawiążemy tasiemką z napisem „bezpieczeństwo” i wrzucimy do morza.

Jeśli ktoś legalnie kupił legalny sprzęt, stosowną do jego obsługi wiedzę zdobył na legalnych studiach na państwowej uczelni, z których ma oprawiony w ramce dyplom i dodatkowo przeszkolił się solidnie bezpośrednio u legalnie działającego producenta sprzętu, z czego też ma dyplom, to dlaczego ktoś ma mu zakazać pracy na tym sprzęcie? Skoro pracuje na nim bezproblemowo już od 5 lat, bez żadnych problemów, powikłań… A jeśli pracuje już 20 lat i jednocześnie jest głównym szkoleniowcem firmy, która sprzedaje ten sprzęt, to też jest zbyt mało kompetentny?

Dodam może dla jasności, że tu nie chodzi o operacje na otwartym sercu, tylko o rzeczy w stylu: depilacja laserowa łydek.

Zakażmy mimo wszystko!

Co dalej?

Taki przedsiębiorca, który już trzymając się przykładu depilacji, prowadził salon depilacji, zostaje z np. dwoma pracownikami, którzy nie mogą pracować, a wynagrodzenie im należy wypłacić, drogim sprzętem, którego nikt od niego nie kupi, no bo przecież zakazane, a lekarzy nie ma aż tylu, żeby sprzedać im wszystkie lasery pracujące w Polsce.

Co dalej?

  • przedsiębiorca bankrutuje,
  • zostaje z ogromnymi długami, bo na sprzęt wziął kredyt,
  • sprzęt stał się bezwartościowy,
  • zarówno przedsiębiorca, jak i jego rodzina zostają bez źródła dochodu,
  • pracownicy zostają bez pracy,
  • również ich rodziny zostają bez źródła dochodu,
  • budżet państwa jest uboższy o 3 składki miesięcznie,
  • jest uboższy również o podatki, które wypracowywał salon,
  • jest uboższy również o zasiłki, które musi wypłacać całej trójce.

Czy z budżetu będą wypłacane takim przedsiębiorcom odszkodowania?

Co z kosztami studiów (wielu kosmetologów studiowało na prywatnych uczelniach za własne pieniądze)? Co z kosztami drogich szkoleń?

Idąc dalej:

  • padają kosmetologie na uczelniach – nikt nie chce się 5 lat uczyć zawodu, który nie daje możliwości rozwoju,
  • wykładowcy tracą pracę,
  • padają producenci kosmetyków, bo tracą dużą grupę klientów,
  • padają producenci sprzętu, dystrybutorzy, hurtownie,
  • firmy obsługujące gabinety tracą klientów, np. targi kosmetyczne, firmy oferujące narzędzia do rezerwacji, zarządzania, marketingu…

Mnóstwo ludzi traci pracę, źródło utrzymania swoich rodzin, budżet państwa traci na podatkach, składkach, zasiłkach…

Z drugiej strony:

  • klientów jest za dużo, żeby wszyscy mogli wykonywać te zabiegi u lekarza,
  • lekarzy jest za mało – tego punktu chyba nie trzeba rozwijać, bo z powagi tego problemu zdaje sobie sprawę każdy, kto ma lub miał jakiekolwiek problemy zdrowotne,
  • ceny zabiegów bardzo szybko rosną.

Jednocześnie:

  • w branży kosmetycznej rośnie szara strefa,
  • część osób się przekwalifikuje,
  • część nadal będzie robić to, co dotychczas,

Ci drudzy to w sumie nawet będą mieli lepiej, bo wreszcie mają z głowy sanepid, odpady, ZUS, podatki…

Znów ironizuję, ale naprawdę naiwnym jest twierdzenie, że zakaz rozwiąże problem. Jeśli ktoś od lat coś robi i jest w tym dobry, to na pewno znajdzie się wiele osób, które nie będą chciały z tego zrezygnować. Z tą różnicą, że będą działać nielegalnie, w szarej strefie, poza jakąkolwiek kontrolą, bez płacenia podatków.

Chodziło o bezpieczeństwo, prawda?

W kontekście braku kontroli… Jeśli zakażemy stosowania profesjonalnych urządzeń medycznych, to co zajmie ich miejsce? Na pewno nie gorszej jakości, sprowadzany ukradkiem chiński sprzęt bez wymaganych certyfikatów, no na pewno nie…

Chodziło o bezpieczeństwo, prawda?

No ale to urządzenia medyczne, czyli tylko dla lekarzy – ktoś może się oburzyć! Przecież powstaje cała ustawa o wyrobach medycznych!

Pisałam już o tym kiedyś, ale chyba jest potrzeba, żeby przypomnieć. „Wyroby medyczne” to bardzo szeroka grupa produktów, zaliczamy do niej np.:

  • środki opatrunkowe (np. plastry),
  • spraye nawilżające gardło,
  • termometry,
  • ciśnieniomierze,
  • prezerwatywy,
  • domowe testy diagnostyczne,
  • soczewki kontaktowe,
  • produkty (żeby nie powiedzieć kosmetyki) chroniące skórę przed promieniowaniem UV,
  • pieluchy dla dorosłych,
  • płyny do dezynfekcji rąk i skóry…

Plus oczywiście cała masa urządzeń medycznych. Chciałam jednak pokazać, że „medyczny” nie zawsze oznacza „używany w szpitalu przez lekarza”. To również zupełnie zwyczajne produkty, tyle że z jakichś względów muszące spełniać pewne konkretne normy – stąd są pod szczególnym nadzorem.

No bo np. takie prezerwatywy, to byłoby kiepsko, gdyby co rusz pękały. Muszą więc być odpowiednio stworzone, przetestowane itd.

To, że coś jest wyrobem medycznym, nie oznacza z automatu, że powinien tego używać tylko lekarz.

Mamy więc kolejne po „bezpieczeństwie” i „procedurach medycznych” „słowo-pułapkę”, czyli słowo, które niesie za sobą pewien ładunek z góry zamykający dyskusję. No bo „bezpieczeństwo” – wiadomo, najważniejsze. „Wyrób medyczny”, wiadomo „medyczny”.

W tej dyskusji pojawia się wiele tego typu słów, które ustawiają całą tę dyskusję na pewnym konkretnym poziomie, z którego bardzo trudno zejść bez używania prostych przykładów typu: nóż, polowanie na mysz, wrogie przejęcie obiadów i kolacji czy prezerwatywy. Właśnie dlatego używam tego typu przykładów – żeby wyrwać się z tych automatycznych skojarzeń i przenieść sprawę na bardziej racjonalny poziom.

Dopiero z tego racjonalnego poziomu możemy się zastanawiać nad analizą ryzyka, skutków gospodarczych, przeprowadzeniem niezbędnych badań…

Dlaczego ktoś chce wprowadzić tak duże zmiany bez jakichkolwiek badań?! Ja przynajmniej o takowych nie słyszałam, a mocno śledzę ten temat już od blisko 10 lat.

Czy my jako państwo naprawdę musimy tak często działać na zasadzie:

Zróbmy! Zobaczymy, co się stanie… Na pewno będzie dobrze!
Ups! Jak to naprawić?

Idealnym przykładem jest tworzenie programu kształcenia na kierunku kosmetologia, które Ministerstwo Zdrowia zleciło członkom KRAUM. Dlaczego zajmują się tym akurat osoby związane z medycyną estetyczną? (więcej na ten temat w tym wywiadzie) Ktoś ma jakieś pomysły? Dlaczego Ministerstwo Zdrowia w ogóle to zlecało, skoro przy każdej możliwej okazji twierdzi, że nie zajmuje się kosmetologią (na posiedzeniu zespołu podkreślano to wielokrotnie)? Skoro Ministerstwo Zdrowia tak bardzo „odżegnuje się” od kosmetologii, to dlaczego pracą nad programami nie zarządza Ministerstwo Edukacji i Nauki?

Zostawmy jednak te pytania „bez odpowiedzi” i wróćmy do samego programu kształcenia.

Opcja logiczna wyglądałaby tak:

Skoro są jakieś wątpliwości co do zakresu uprawnień i kompetencji, to może spróbujmy rozwiązać ten problem. Jak będziemy mieli gotowe rozwiązanie, to zlecimy przygotowanie programu kształcenia dla kosmetologów, który będzie uwzględniał te nowe ustalenia.

Opcja logiczna PRO:

Zastanówmy się jeszcze, co z technikami usług kosmetycznych, bo w sumie bez sensu robić to w oderwaniu od nich, skoro są częścią tego rynku.

Tymczasem przyjęto do dalszych prac stworzoną przez lekarzy listę zabiegów, których należy zakazać i zlecono tworzenie programów kształcenia. Teraz powstaje zespół, który będzie „wyznaczał granice kompetencyjne”…

No nie wiem, ale jak chcę zrobić zakupy, to najpierw robię listę. Robienie listy zakupów po przyjściu ze sklepu jest odrobinę bez sensu, bo albo będę musiała drugi raz lecieć do sklepu, albo zostanę w domu bez produktów, które są mi potrzebne.


Jeśli chcemy uporządkować rynek, zróbmy to kompleksowo!

Wspomnę może jeszcze tak nieśmiało, że oprócz kosmetologów i kosmetyczek mamy jeszcze całą masę innych specjalistów działających w lub wokół branży beauty, którzy kształcą się w przeróżny, zupełnie nieuporządkowany sposób. Nie mam oczywiście na myśli tego, że ktoś źle się kształci, tylko tego, że nikt nigdy nie usiadł na spokojnie, nie wysypał tych wszystkich klocków i nie spróbował ich logicznie poukładać. Co więcej, mamy nie jeden, ale aż trzy worki z klockami!

W jednym są specjaliści:

  • kosmetolodzy,
  • kosmetyczki,
  • podolodzy,
  • trycholodzy,
  • linergistki,
  • wizażystki, charakteryzatorki,
  • stylistki paznokci…

Warto zaznaczyć, że to są wyłącznie zabiegowcy. Osoby związane z branżą kosmetyczną działają też w innych dziedzinach, ale o tym za chwilę.

W drugim worku są sposoby kształcenia:

  • studia licencjackie,
  • studia magisterskie,
  • studia doktoranckie,
  • studia podyplomowe,
  • kształcenie zawodowe,
  • całościowe, długie szkolenia przygotowujące do pracy w jednej konkretnej dziedzinie,
  • wycinkowe szkolenia z różnych dziedzin,
  • „ja się nauczyłam z YouTuba”.

W trzecim worku są miejsca, w których możemy się kształcić:

  • państwowe uczelnie medyczne,
  • państwowe szkoły wyższe,
  • prywatne szkoły wyższe,
  • szkoły policealne,
  • szkolenia organizowane przez specjalistów,
  • szkolenia organizowane przez osoby bez odpowiednich kwalifikacji,
  • szkolenia organizowane przez firmy kosmetyczne, dystrybutorów sprzętu,
  • pseudoszkolenia organizowane przez osoby bez kwalifikacji typu „naucz się budować rakietę kosmiczną w dwie godziny online”,
  • niektórzy też dochodzą do wniosku, że nie potrzebują robić szkoleń online, bo raz były u kosmetyczki na paznokciach i przecież widziały, jak to się robi.

Trzeba też dodać, że np.:

  • ktoś może być jednocześnie kosmetologiem i podologiem,
  • kosmetyczka może specjalizować się w masażach,
  • wizażystka może nie mieć wykształcenia branżowego tylko ukończoną szkołę wizażu,
  • kosmetyczki często robią studia kosmetologiczne,
  • kosmetolodzy w obawie przed utratą możliwości wykonywania zabiegów robią studia pielęgniarskie, a nawet ratownictwo medyczne (choć w obecnej sytuacji i to nie pomoże)…

W praktyce funkcjonuje mnóstwo różnych konfiguracji.

Podolodzy np. pierwotnie kształcili się na specjalistycznych kursach, później powstały studia podyplomowe, specjalizacje na studiach licencjackich, ostatnio wprowadzono zawód podologia do szkół policealnych, a jednocześnie słyszymy, że podologia to medycyna, tylko dla lekarzy… Podobno i w tej dziedzinie są jakieś zmiany, ale już nie dam rady tego w tej chwili zgłębić. Wrócę do tematu.

Czy to naprawdę jest jakieś kosmiczne wymaganie, żeby młoda, zainteresowana tą dziedziną osoba miała wskazane jasne ścieżki kształcenia, gwarantujące jej określone możliwości rozwoju zawodowego?

Zamiast to wszystko uporządkować, wytnijmy część zabiegów, przypiszmy je lekarzom i problem rozwiązany, prawda?


Na ile realne są straty branży beauty?

Ktoś być może zapyta, skąd to czarnowidztwo, prognozowane bankructwa? Czy mam na to jakieś badania?

Ano mam, z czasów, w których koronnym hasłem drugiej strony było „przerywanie ciągłości skóry”. Przeprowadziłam wtedy ankietę (na grupie 1231 właścicieli salonów) dotyczącą skutków finansowych zakazu przerywania ciągłości skóry, ale również tego, co w tej chwili interesuje nas najbardziej, czyli skutków finansowych zakazu stosowania wielu sprzętów. Z wynikami możesz zapoznać się tutaj. Mam w planach również teraz przeprowadzić podobną ankietę, żeby już w 100% odzwierciedlała aktualną sytuację. Niemniej jednak, pojawia się pytanie, dlaczego takie badania nie są prowadzone przez instytucje, które chcą regulować ten obszar, a przynajmniej nic nie słychać, żeby takie badania były prowadzone? Nie było również takich zapowiedzi na posiedzeniu parlamentarnego zespołu.

Poniżej kilka liczb z tamtej ankiety, które dotyczą aktualnej sytuacji:

*Zsumowałam zabiegi laserowe i zabiegi IPL, bo są to podobne technologie stosowane do redukcji podobnych problemów estetycznych. Jeśli ktoś chce wykonywać tego typu zabiegi, to wybiera jedno lub drugie urządzenie.

„Czarnowidztwo” wynika między innymi właśnie z tego, że zabiegi, które miałyby zostać zakazane, są wykonywane nawet przez 60-80% gabinetów. To nie jest marginalny problem!


Po co komu kosmetolog?

Kolejne słowo, które ładnie brzmi, ale nijak nie przyczynia się do rozwiązania problemu, to „profilaktyka”. Takie słowa padały na posiedzeniu zespołu, że właśnie ważną rolą kosmetologa jest profilaktyka. Że m.in. z myślą o profilaktyce powstawał ten zawód.

Pytanie tylko, co rozumiemy pod pojęciem „profilaktyka”? Rozmowy uświadamiające klientów na temat pielęgnacji skóry? A może zabiegi profilaktyczne? Tylko chroniące przed czym?

Zacznijmy od rozmów. Rozmowy są ważne, tylko żeby przeprowadzić taką rozmowę, to klient musi do nas przyjść. Czy klient przyjdzie sobie do salonu pogadać i za to zapłacić? Mało prawdopodobne. Do gabinetu przychodzimy zwykle po coś: chcemy się pozbyć problemu, zrelaksować lub zmienić coś w swoim wyglądzie.

Jeśli klient przychodzi z problemem, to pomagamy mu ten problem rozwiązać i edukujemy, co zrobić, żeby problem nie wrócił lub nie pogłębił się – to jest ten element profilaktyczny. Jak prowadzić działania profilaktyczne w oderwaniu od zabiegów? NFZ nam będzie płacił za porady kosmetologiczne? Wiem, kiepski żart, ale ja naprawdę próbuję dociec, jaka po drugiej stronie jest wizja naszego zawodu.

Jeśli mamy klienta z problemem i ten problem likwidujemy, i takiego klienta edukujemy, to to się wszystko „spina”. Ja przypomnę może, gdyby komuś umknęło, że gabinet kosmetyczny nie jest placówką ochrony zdrowia, która w ramach jakiegoś finansowania z budżetu ma realizować określone zadania. Gabinet kosmetyczny jest prywatną firmą, która jest finansowana z opłat klientów za wykonane zabiegi.

Jeśli zabiegów nie można wykonać, bo korzystanie z niezbędnych do tego narzędzi jest zakazane, to firma bankrutuje. Po prostu. Może się owszem zająć czymś innym, np. produkcją sera, ale to już nie będzie gabinet kosmetyczny, tylko fabryka sera.

Ok, teraz zabiegi profilaktyczne. Zabiegi profilaktyczne są ważne, owszem. Niemniej jednak rzeczywistość jest taka, że zwykle szukamy pomocy profesjonalisty, jeśli mamy jakiś konkretny problem. Myślę, że niemal każda kobieta chciałaby być pod stałą opieką kosmetologa, który regularnie troszczyłby się o jej skórę. Trzeba jednak spojrzeć na realia. Niewiele osób na to stać. Poza tym niewiele jest osób z idealną, zupełnie bezproblemową skórą. Większości z nas coś w mniejszym lub większym stopniu doskwiera. Rozszerzone naczynka, nadmierna suchość skóry, przebarwienia, zmiany trądzikowe… Profilaktyka jest ważnym, ale jednak tylko jednym z elementów praktycznej pracy w gabinecie. Sprowadzanie pracy kosmetologa głównie do profilaktyki uważam za nieporozumienie.

No, chyba że chodzi jeszcze o coś innego, czego po 5 latach studiów na kierunku kosmetologia na uniwersytecie medycznym i po 13 latach pracy z ludźmi z branży nie dostrzegam.

Poza tym proponuję, żeby osoby decyzyjne wzięły sobie po prostu do ręki miesięczne rozliczenie jakiegoś gabinetu i czerwonym flamastrem wykreśliły wszystkie pozycje, których kosmetolodzy nie mogliby już wykonywać. Następnie proponuję podliczyć kolumnę z przychodami i kosztami. To powinno wiele wyjaśnić i przenieść całą dyskusję na nieco inny, bardziej realny poziom.


To może do firmy kosmetycznej albo do apteki?

Na posiedzeniu zespołu pojawiły się również opinie, że kosmetologia była tworzona z myślą o pracy w aptekach, firmach kosmetycznych, o tworzeniu nowych kosmetyków. Nie twierdzę, że tak nie było, ale realia rynkowe są w tym momencie zupełnie inne. Jak słusznie zauważały przedstawicielki naszego środowiska, do produkcji kosmetyków są inne, zdecydowanie lepiej przygotowane zawody, którym bliżej do chemii, biotechnologii. Przedstawiciele tych zawodów mogą specjalizować się właśnie w produkcji kosmetyków.

Istnieje jednak również oferta w tym zakresie dla osób funkcjonujących zawodowo w ramach kosmetologii. W kilka minut w Google znalazłam takie przykładowe oferty kształcenia:

  • studia podyplomowe Technologia produkcji kosmetyków,
  • studia licencjackie Inżynieria produkcji kosmetyków i suplementów,
  • studia magisterskie Technologia kosmetyku, również z tytułem inżyniera,
  • studia magisterskie Zarządzanie i inżynieria produkcji kosmetyków i wyrobów chemii gospodarczej.

No i teraz znowu zasadnicze pytania:

  • czy ktoś przeprowadził kompleksowe badania, jaki procent absolwentów kosmetologii pracuje w gabinecie, a jaki w firmach kosmetycznych (wykładowcy, z którymi rozmawiałam, twierdzą, że tych drugich jest zdecydowanie mniej, jednak ja sobie mogę rozmawiać, ale czy ktoś to zbadał),
  • czy ktoś przeanalizował funkcjonujące obecnie programy kształcenia i sprawdził, jak procentowo rozkładają się treści dotyczące pracy w gabinecie i produkcji kosmetyków?

Jeśli po analizie tych badań okaże się, że jednak większość absolwentów wybiera pracę w gabinecie, to chyba właśnie w tym kierunku powinno się wzmacniać kształcenie, a zagadnienia związane z produkcją kosmetyków rozwijać w ramach osobnego kierunku, który uwzględni lepsze przygotowanie od strony chemicznej, technologicznej itd. Przecież kształcenie powinno podążać za potrzebami rzeczywistości.

Zresztą podąża. Wystarczy spojrzeć na wyżej wymienione przeze mnie kierunki studiów (te wypisane są z uczelni prywatnych). Widać ktoś doszedł do wniosku, że tradycyjna kosmetologia nie przygotowuje wystarczająco kompleksowo do pracy przy produkcji kosmetyków i postanowił stworzyć osobny kierunek.

Absolutnie nie chodzi mi o to, żeby wyrzucać z programu kształcenia kosmetologa treści związane z wytwarzaniem kosmetyków. To również bardzo przydatna wiedza! Zwracam tylko uwagę na fakt, że to, że ktoś coś założył 25 lat temu, nie oznacza automatycznie, że właśnie tak to w tej chwili funkcjonuje. Nie można patrzeć na programy kształcenia w oderwaniu od rynkowych realiów!

Niby nie można, a jednak w tworzenie nowego programu kształcenia nie zostały zaangażowane środowiska reprezentujące właśnie tą praktyczną, rynkową stronę…

Przecież uczymy się po to, żeby później gdzieś pracować!


To może w tej aptece jednak?

Apteka to również dobry w założeniu, ale kiepsko funkcjonujący w praktyce pomysł.

Nie wiem, jak jest obecnie, jednak artykuły, które przejrzałam, wydają się potwierdzać, że nic się nie zmieniło (sprawdzę to dokładnie, ale nie teraz, bo nigdy nie skończę tego długaśnego artykułu) i że w aptekach nadal nie mogą pracować kosmetolodzy. Nie mogą, bo (w skrócie) nie są farmaceutami. Czasami pracują, najczęściej w charakterze dojeżdżających do różnych miejsc promotorów konkretnych marek kosmetycznych. Pewnie jest na to jakaś „furtka” prawna, niemniej jednak cytowany w tym artykule z portalu prawniklewandowska.pl Wojewódzki Inspektor Farmaceutyczny stwierdził, że jest to niezgodne z prawem i co więcej, narusza ustawowy zakaz reklamy aptek! Rozwinę kiedyś ten temat, a na razie po szczegóły odsyłam Cię do podlinkowanego artykułu.

Jeśli jest w ogóle kwestionowana legalność pracy kosmetologów w charakterze aptecznych dermokonsultantów, to wskazywanie tej drogi jako jednej z głównych dróg zawodowego rozwoju kosmetologów jest absurdalne.


No to może współpraca z lekarzem?

Słowo „współpraca” na posiedzeniu zespołu padło z milion razy, ale tak naprawdę nikt nie zdefiniował, o co mu dokładnie chodzi.

Niepokoi mnie trochę, jak miałoby to wyglądać zdaniem lekarzy, bo padały także określenia „pielęgniarka estetyczna, czy pielęgniarka w zakresie medycyny estetycznej”. Absolutnie nie uważam, żeby współpraca lekarza i kosmetologa w jednym gabinecie nie miała sensu. Wręcz przeciwnie, uważam to za bardzo dobre dla obydwu stron rozwiązanie. Lekarz robi bardziej inwazyjne zabiegi, służy poradą, pomocą w razie komplikacji. Kosmetolog z kolei robi zabiegi mniej inwazyjne, dobiera kosmetyki do pielęgnacji domowej i ma poczucie bezpieczeństwa związane z faktem, że w każdej chwili „ma pod ręką lekarza”. Nie musi również martwić się o zarzuty, że przekracza swoje uprawnienia, bo sama już obecność lekarza sprawia, że kolokwialnie mówiąc, nikt się nie będzie czepiał. Klient zyskuje podwójnie.

ALE…

Patrząc na wiele wypowiedzi lekarzy, na listę zabiegów, która miałaby zostać kosmetologom zakazana (a na której znajdują się również zwykłe zabiegi od lat wykonywane w gabinetach kosmetycznych) trochę (a nawet bardzo) martwię się, w jakim kierunku ten pomysł może wyewoluować.

Bo jeśli ta droga ma doprowadzić do sytuacji, w której np. kosmetolog może wydepilować klientom nogi laserem tylko i wyłącznie wtedy, kiedy pracuje pod okiem lekarza w jego gabinecie, to przestaje być współpraca, a zaczyna być „małżeństwo z przymusu”.

Chyba nikt z nas nie wyobraża sobie, że lekarze będą w stanie osobiście wykonać wszystkie zabiegi, których chcą kosmetologom zakazać. To fizycznie niemożliwe, już nawet w oderwaniu od tego, że do lekarza ciężko się dostać nawet będąc chorym. To po prostu niemożliwe nawet bez dodatkowych warunków.

Wystarczy powiedzieć, że wg. szacunków organizacji branżowych w Polsce jest ok. 200 000 kosmetologów. Niestety nie jestem w stanie zweryfikować tych szacunków, bo nie znalazłam nigdzie danych na ten temat, ale nawet jeśli byłyby one zawyżone, nawet gdyby były mocno zawyżone, to i tak jest widoczna gigantyczna dysproporcja, bo aktywnych zawodowo lekarzy dermatologów, wg danych Naczelnej Izby Lekarskiej z 2021 roku (klik) jest 2628. Dołóżmy chirurgów plastycznych, którzy wprawdzie zajmują się inną dziedziną, która zupełnie nie wchodzi w „kolizję” z kosmetologią, no ale można sobie wyobrazić wspólny gabinet chirurga plastycznego i kosmetologa. Aktywnych zawodowo chirurgów plastycznych jest 258.

Nie wiemy dokładnie ilu z tych 200 000 kosmetologów (przypominam, że to szacunki organizacji branżowych) jest aktywnych zawodowo i pracuje w gabinetach, ale wiemy z kolei, że gabinetów kosmetycznych jest w Polsce ok. 30 000 (bez fryzjerów, SPA, masażu – sama kosmetyka). Konkretnie między 27 387 a 32 575 – tyle wyszło mi z analizy danych PKD i GIS, którą znajdziesz w TYM artykule. Kolejna rzecz, której nie wiemy, to ile jest salonów prowadzonych przez kosmetyczki, a ile przez kosmetologów.

Możemy jednak spróbować oszacować, ile kosmetyczek i kosmetologów łącznie pracuje w polskich gabinetach. Z ankiety, którą kiedyś przeprowadziłam (udział wzięło 1231 właścicieli salonów; z wynikami można zapoznać się tutaj) wynika, że:

  • 51% właścicieli salonów zatrudnia pracowników,
  • 49% właścicieli salonów nie zatrudnia pracowników.

Pytałam o wszystkie formy zatrudnienia, nie tylko umowę o pracę, ale również zlecenie.

Jeśli chodzi o tych, którzy zatrudniają, to:

  • 38% zatrudnia jedną osobę,
  • 29% zatrudnia dwie osoby,
  • 24% zatrudnia 3-4 osoby (do dalszych obliczeń przyjmijmy 3,5),
  • 7% zatrudnia 5-10 osób (do dalszych obliczeń przyjmijmy 7,5),
  • 2% zatrudnia powyżej 10 osób (do dalszych obliczeń przyjmijmy skromnie: 11).

Zbierając to wszystko i przyjmując, że mamy w Polsce wspomniane wcześniej 30 000 salonów, wychodzi nam:

51% z 30 000 = 15 300 gabinetów zatrudniających
49% z 30 000 = 14 700 gabinetów, w których pracuje tylko właściciel

i dla salonów zatrudniających:

Podsumowując, mamy 30 000 właścicieli salonów i 38 939 pracowników salonów, czyli razem 68 939 osób.

Oczywiście trzeba tutaj uwzględnić możliwość, że nie każdy właściciel salonu jest kosmetologiem/kosmetyczką (choć to raczej reguła) i że w salonie (w tych dużych) może być zatrudniona osoba bez wykształcenia kierunkowego, np. recepcjonistka lub manager (choć to raczej rzadkość, bo salon nie jest wielką firmą i funkcja managera lub recepcjonistki zwykle jest wykonywania w niepełnym wymiarze, jako „dodatek” do wykonywania zabiegów).

W praktyce zwykle jest tak, że kosmetyczka lub kosmetolog otwiera salon i sama w nim pracuje. Wraz z rozwojem salonu zatrudnia pierwszego, czasem drugiego pracownika, lecz nadal sama pracuje w salonie, bo koszty są niestety tak wysokie, że w praktyce bardzo trudno traktować salon wyłącznie jako inwestycję. Myślę więc, że liczba 68 939 osób mimo tych wszystkich uwag jest całkiem realna.

Podsumowując mamy:

  • ok. 30 000 gabinetów kosmetycznych i kosmetologicznych,
  • ok. 68 939 aktywnych zawodowo kosmetyczek i kosmetologów pracujących w gabinetach.

Przypominam, że mamy również 2628 aktywnych zawodowo dermatologów i 258 chirurgów plastycznych.

Z wcześniejszych danych wiemy, że np. zabiegi laserowe/IPL wykonuje 61,2% gabinetów. Gdyby zakazano samodzielnego wykonywania tych zabiegów, a my miałybyśmy występować w roli „pielęgniarki estetycznej”, to rozumiem, że każdy lekarz musiałby zatrudnić pełną obsadę 10 salonów? To oczywiście absurd, ale chcę pokazać skalę problemu i brak analizy konsekwencji słów, które publicznie padają.

Podkreślam ponownie, współpraca kosmetologa z lekarzem jest potencjalnie bardzo korzystną formułą, jednak powinno się to opierać na wzajemnym docenianiu swoich kompetencji, a nie na przymusie wywoływanym zmianami w prawie.


Przyjrzyjmy się dokładnie możliwościom takiej współpracy – obecnym i po ewentualnej zmianie przepisów.

Obecnie wygląda to tak, że:

  • lekarz zatrudnia kosmetologa,
  • kosmetolog „zatrudnia”* lekarza,
  • kosmetolog i lekarz pracują niezależnie, jednak pomagają sobie, jeśli nastąpi taka konieczność, np. lekarz odsyła klientkę do kosmetologa na zabiegi uzupełniające lub kosmetolog odsyła klientkę do lekarza, jeśli ma podejrzenie, że klientka wymaga właśnie pomocy lekarza.

*Cudzysłów wynika z dyskusji, która miała miejsce na posiedzeniu zespołu, na temat formalnoprawnych możliwości zatrudniania lekarza przez kosmetologa. Nie chodzi mi o stronę formalną, tylko o to, kto prowadzi działalność, a kto przychodzi do tego miejsca i wykonuje w nim zabiegi, czy to na stałe, czy w określonych godzinach po wcześniejszym zapisaniu klientek. Nie jest moją rolą analiza prawna tego zjawiska (choć pewnie kiedyś podejmę i ten temat we współpracy z jakimś prawnikiem) tylko opis realnej sytuacji, która ma miejsce w wielu salonach. Jak to sobie właściciele rozwiązują w kontekście prawnym, to już inna sprawa, choć dodam też, że w szybkiej rozmowie z prawnikiem uzyskałam informacje, że istnieją możliwości, aby coś takiego zorganizować jak najbardziej legalnie. Temat do ewentualnego rozwinięcia w przyszłości.

Jak miałoby to wyglądać w przyszłości? Jest to dla mnie wielką zagadką. Mogę sobie jedynie gdybać właśnie w oparciu o fragmenty pojedynczych wypowiedzi, bo nie zostało przedstawione żadne systemowe rozwiązanie w tym zakresie. Przedstawione rozwiązanie w uproszczeniu sprowadza się do:

ZAKAZAĆ! Współpraca? No tak, współpraca oczywiście jest ważna.

Pospekulujmy sobie zatem. Jeśli zakażemy wszystkiego, co jest na liście, nad którą aktualnie pracuje Ministerstwo Zdrowia, to kosmetolodzy nie będą mogli wykonywać tych zabiegów. Lekarzy jest za mało, aby przejąć ten rynek, więc będą musieli kogoś zatrudnić. Kogo? No chyba nie ślusarzy lub piekarzy… Raczej kosmetologów. Tylko że kosmetolodzy nadal nie będą mogli wykonywać zabiegów. Logicznym więc wydaje się takie sformułowanie zapisów, żeby kosmetolog mógł takie zabiegi wykonywać pod okiem lekarza. Podkreślam, na ten temat nie ma żadnych formalnych informacji, no ale jak inaczej?

Gdyby faktycznie tak się stało, „współpraca” polegałaby na odebraniu kosmetologom możliwości samodzielnego wykonywania zawodu w znacznej jego części. Braku możliwości prowadzenia samodzielnej działalności gospodarczej we wskazanych zakresach.

Będąc złośliwym, można by było napisać, że kosmetolog jest istniejącym zawodem, a specjalizacji takiej jak medycyna estetyczna formalnie nie ma. Tzn. to jest akurat fakt. Złośliwie można by zapytać: kto komu w związku z powyższym wchodzi w kompetencje? Przecież to właśnie kosmetolodzy są zawodem stworzonym z myślą o zabiegach związanych z urodą.

Problem oczywiście jest i trzeba go rozwiązać, ale czy ktoś tak z ręką na sercu powie, że depilacja łydki jest procedurą medyczną i zabiegiem, który musi wykonywać lekarz? Naprawdę? Można to powiedzieć tak serio z kamienną twarzą i pełnym przekonaniem?

I tu ciekawostka: depilacji łydki nie ma na „liście procedur medycznych”. Moim zdaniem nie ma jej tam właśnie z wyżej wymienionego powodu. Już o tym pisałam, ale teraz z nieco innej strony. Na liście jest mowa np. o:

Urządzeniach oddziaływujących energią prądu elektrycznego oraz fal elektromagnetycznych lub mechanicznych o wysokiej częstotliwości i gęstościach mocy przekraczającej 1000 W/cm2 w punkcie najsilniejszego oddziaływania na tkankę.

To brzmi tak poważnie, medycznie. Trudno w oparciu o to sformułowanie zadawać niewygodne pytania, tworzyć śmieszne memy.

Dopiero po interwencji „tłumacza” widać jasno, o co chodzi.

Poniżej cytat z mojego wywiadu (klik) z przedstawicielką Izby Kosmetologów. Justyna Gorlicka-Kruk powiedziała:

Lista jest bardzo szeroka i niedoprecyzowana. Niemniej jednak z pewnością wśród konkretnych zabiegów, które mogłyby zostać zakazane, możemy wymienić:
– zabiegi z wykorzystaniem wypełniaczy,
– mezoterapię igłową,
– zabiegi z wykorzystaniem fal radiowych,
– elektrokoagulację,
– większość peelingów chemicznych oferowanych w gabinetach,
– zabiegi z wykorzystaniem laserów,
– HIFU,
– zabiegi trychologiczne…

Dodatkowo większość urządzeń renomowanych firm, z których korzystają gabinety kosmetologiczne, jest zarejestrowana jako sprzęt medyczny. Po wprowadzeniu proponowanych zmian ze strony lekarzy, takie urządzenia będzie mógł obsługiwać wyłącznie lekarz.

Lekarze proponują także brak możliwości ingerencji poniżej granicy skórno-naskórkowej dla osób, które nie są lekarzami.

Tutaj z kolei jest cytat z innego artykułu (klik), w którym poprosiłam ekspertów: kosmetologa i inżyniera o skomentowanie „listy zakazanych zabiegów”:

Zagrożone mogą być następujące zabiegi:

– radiofrekwencja mikroigłowa,
– plasma,
– lasery (epilacja, zamykanie naczyń),
– lasery frakcyjne,
– lasery Q-switch,
– lasery pikosekundowe,
– niechirurgiczne lasery do lipolizy,
– część technologii IPL /VPL,
– lasery CO2,
– lasery Er-Yag,
– urządzenia HIFU,
– peelingi chemiczne głębokie,
– peelingi chemiczne z ph poniżej 2,5.

Oczywiście uwzględniając opisaną wyżej kwestię parametrów, która swoją drogą nie jest chyba zbyt praktycznym sposobem klasyfikacji, skoro bywa, że producenci nie podają takich danych.

Do tego dochodzi nam jeszcze omówiona wyżej sprawa urządzeń medycznych. W tym przypadku możemy mieć do czynienia z następującymi zabiegami:

lasery,
– urządzenia do endermologii,
– dermapeny (Dermapen 4, SkinPen),
fala uderzeniowa,
– niektóre urządzenia do oczyszczania wodorowego skóry,
karboksyterapia,
kriolipoliza,
– technologia stymulacji mięśni określana HIFEM lub pole elektromagnetyczne,
inne liczne.

Rozumiem, że te najbardziej „hardcorowe” i „lekarskie” zabiegi zostały wymienione z nazwy, a te najbardziej „zwyczajne”, „kosmetyczne” ukryte pod niejednoznacznymi technicznymi formułkami zupełnie przypadkiem?


Kolejną „ciekawostką” związaną z listą zabiegów, które miałyby zostać zakazane jest poniższy punkt:

5. Wszelkie substancje podawane poprzez iniekcję mezoterapia igłowa – wkłucie podskórne, śródskórne nie będące lekami stosowane do celów estetycznych poprzez wprowadzone do ludzkiego ciała poprzez iniekcję albo nakłucia – nie dotyczy barwników do tatuaży, makijażu permanentnego do głębokości 0,5 mm.

Czy ktoś może mi rzeczowo wyjaśnić skąd ten wyjątek dla tatuażu i makijażu permanentnego? Mamy jakieś merytoryczne uzasadnienie, czy może ktoś po prostu doszedł do wniosku, że robienie tatuaży u lekarza jest mało medialnym pomysłem i że trzeba zrobić taki wyjątek?

Nadal myślimy wyłącznie o bezpieczeństwie, czy może w grę wchodzą też jakieś inne argumenty?


Czy naprawdę chcemy „wyciągać” lekarzy z systemu ochrony zdrowia?

Wspominałam, że lekarzy dermatologów jest bardzo mało, chirurgów plastycznych jeszcze mniej. Może w takim razie inne specjalizacje?

Już teraz mamy ogromny problem z dostępnością lekarzy. Wiemy, że praca w państwowych placówkach jest bardzo ciężka i słabiej opłacana. Wiemy też, że wielu lekarzy decyduje się na pracę w prywatnych placówkach. Myślałam, że nasze państwo zastanawia się nad tym, jak poprawić, a nie jak pogorszyć tę sytuację. Jak zwiększyć liczbę pracujących w ochronie zdrowia lekarzy, a nie jak ją zmniejszyć?

Uruchamiane są studia lekarskie na wyższych szkołach zawodowych. Może po to, żeby uczyli się na nich odcięci od pracy kosmetolodzy? To naprawdę „świetny” pomysł. Zainwestujmy masę pieniędzy w kształcenie studenta medycyny, który robi te studia tylko po to, żeby zyskać prawo do depilacji łydek. Czy naprawdę nikt nie widzi absurdu tej sytuacji?

Czy ktoś zbadał, jakie będą konsekwencje społeczne takich pomysłów? Jak to wpłynie na dostęp pacjentów do specjalistów? Jaki będzie społeczny odbiór zmian, które zmuszą ludzi do korzystania z usług lekarzy, jeśli wcześniej te same zabiegi wykonywali znacznie taniej u kosmetologa, a do lekarza ze swoją chorobą nie mogą dostać się już od wielu miesięcy?


Podsumowanie: co trzeba zrobić?

Podsumowując już wszystko, co padło wyżej. Moim zdaniem trzeba by było,

OD STRONY PRAKTYCZNEJ, ZABIEGOWEJ:

  • wstrzymać wszystkie prace, które mają miejsce w Ministerstwie Zdrowia do momentu uzyskania kompromisu – również te, które „nie dotyczą kosmetologów”, bo wszyscy wiemy, że w praktyce dotyczą,
  • rzetelnie przeanalizować ryzyko wykonywania każdego zabiegu, który jest przedmiotem kontrowersji – analiza powinna uwzględniać stanowisko obu stron, a także opinię niezależnych ekspertów (niezależnych, czyli takich, którzy nie są ani lekarzami, ani kosmetologami),
  • takie analizy powinny również uwzględniać ryzyko danego zabiegu, ryzyko potencjalnych powikłań – ich częstość występowania i stopień ciężkości, sposoby ograniczenia ryzyka, wiedzę i doświadczenie niezbędne do bezpiecznego wykonania zabiegu,
  • przeprowadzić kompleksowe, niezależne badania, które wykażą, kto odpowiada za największy odsetek poważnych powikłańjakim wykształceniem i doświadczeniem zawodowym dysponują osoby, które odpowiadają za największy odsetek powikłań, jakich konkretnie zabiegów dotyczą te powikłania,
  • przeprowadzić badania losów absolwentów kierunku kosmetologia – w jakich miejscach pracują, jakie zabiegi wykonują, jak to wygląda procentowo,
  • zaangażować w negocjacje profesjonalnych, niezależnych mediatorów, którzy wyrównają szanse negocjacyjne obu stron,
  • na podstawie powyższego opracować listę zabiegów, które mogą być wykonywane przez każdą ze stron bez dodatkowego wykształcenia/doszkolenia oraz takich, które mogą być wykonywane po dodatkowym doszkoleniu, np. na akredytowanych kursach lub po studiach podyplomowych – listę, która będzie konkretna, z jasnymi kryteriami, ale również uwzględniająca potencjalny przyszły rozwój technologii zabiegowych,
  • wypracować jasne i wewnętrznie spójne ścieżki kształcenia i rozwoju zawodowego dla wszystkich zawodów związanych z branżą beauty (kosmetolodzy, technicy usług kosmetycznych, podolodzy, trycholodzy, linergistki, stylistki paznokci, wizażystki itd.) – uwzględniające zarówno szkoły/uczelnie, jak i dodatkowe, akredytowane kursy,
  • w oparciu o wynik tych wszystkich działań, wprowadzić niezbędne zmiany w programach kształcenia,
  • umocować prawnie zawód kosmetologa poprzez stworzenie ustawy o zawodzie kosmetologa.

I JEDNOCZEŚNIE OD STRONY RYNKOWEJ, FINANSOWEJ, SPOŁECZNEJ:

  • zaangażować w pracę nad tymi wszystkimi zmianami stronę rynkową: osoby aktywnie pracujące w zawodzie, organizacje przedsiębiorców, Rzecznika MSP,
  • opracować strategię walki z szarą strefą, która będzie się odbywała bez szkody dla legalnie działających firm (z zaangażowaniem sanepidów i urzędów skarbowych),
  • opracować strategię eliminowania z rynku osób, które nie posiadają odpowiedniego wykształcenia – jak wyżej,
  • wdrożyć te strategie i sprawdzić ich rezultaty przed wprowadzeniem dalszych zmian – być może okaże się, że te dalsze zmiany nie są już konieczne.

NALEŻY RÓWNIEŻ KOMPLEKSOWO ZBADAĆ:

  • potencjalne skutki finansowe wprowadzanych zmian dla firm: gabinetów kosmetycznych, firm działających w otoczeniu gabinetów, dla producentów i dystrybutorów kosmetyków, sprzętu, dla hurtowni kosmetycznych, uczelni państwowych i prywatnych, firm szkoleniowych itd. (oczywiście mając na uwadze dotychczasowe obciążenia związane z pandemią, inflacją, wzrostem cen mediów i wprowadzeniem Polskiego Ładu),
  • potencjalne skutki finansowe dla budżetu państwa, uwzględniając takie czynniki jak: kondycję finansową gabinetów i związanych z nimi firm, potencjalną konieczność wsparcia dla upadających firm, straty ZUS, straty z podatków (dochodowy i VAT – ten drugi z uwzględnieniem zerowych stawek, z których mogą korzystać lekarze), pomoc dla kredytobiorców i leasingobiorców, ewentualny wzrost bezrobocia, wsparcie w przekwalifikowaniu się itd.,
  • skutki społeczne proponowanych zmian, uwzględniając, że branża beauty jest branżą mocno sfeminizowaną, a sytuacja kobiet na rynku pracy z oczywistych względów jest trudniejsza,
  • wpływ proponowanych zmian na sytuację w ochronie zdrowia, dostęp do lekarzy, na konsekwencje ewentualnego rezygnowania młodych lekarzy z innych specjalizacji, na korzyść wykonywania zabiegów estetycznych,
  • wpływ proponowanych zmian zarówno na ceny i dostępność usług kosmetycznych, jak i ceny oraz dostępność usług medycznych.

DODATKOWO, PRZED WPROWADZENIEM JAKICHKOLWIEK ZMIAN NALEŻY:

  • ustalić i zapisać w prawie odpowiednie okresy przejściowe,
  • opracować i wdrożyć program rekompensat i pomocy finansowej dla firm, które w wyniki wprowadzanych regulacji będą musiały zaprzestać wykonywanej dotychczas legalnie działalności.

Liczę jednak na to, że po rzetelnym zrealizowaniu wszystkich powyższych punktów uda się tak rozwiązać problem, że ryzyko dużych strat finansowych zostanie znacząco zredukowane.


Cały ten artykuł i inne materiały przekażę oczywiście organizacjom branżowym, żeby dostarczyć im argumentów do działania. Spróbuję również sklecić z tego jakieś oficjalne pismo i wysłać w kilka kluczowych miejsc. Będę Was informować o szczegółach.

Pracuję również nad artykułem, w którym opracuję kilka ścieżek działania dla Was, tak abyście mogły aktywnie włączyć się w walkę o prawa naszego zawodu. Na razie proszę Was o przekazywanie tego tekstu, który mam wrażenie, dość szeroko opisuje problemy i ryzyka związane z aktualną sytuacją. Im więcej osób to przeczyta, tym lepiej. Pamiętajcie, że wiele osób nadal nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje.

AKTUALIZACJA: artykuł jest już dostępny TUTAJ.

To właśnie od Ciebie zależy, czy się dowiedzą!

Chcesz, żeby powstawało więcej takich tekstów? Zrób zakupy w sklepie Gabinetu od zaplecza lub postaw mi wirtualną kawę – to jedyne źródła finansowania tej strony. Nie mam żadnych współprac ani nie reklamuję żadnych firm. Bez Twojego wsparcia nie będę mogła intensywnie działać.


podrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznym
Tagi :