Gabinet od zaplecza

Pamiętam jak byłam na studiach i po raz pierwszy pojechałam na LNE. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że sama kiedyś stanę na tej scenie. Nie raz, a nawet dwa (relację z pierwszego występu, pół roku temu, możesz przeczytać TUTAJ). To było moje drugie podejście, ale wcale nie mniej stresujące.

Wiem, że zawsze piszę, że się stresuję i że to już może być nudne, ale serio tak jest. Jeśli nie wierzysz, zapytaj Marka, który próbował ze mną jakieś 30 minut przed wykładem rozmawiać na jakieś luźne tematy, ale patrząc na moją głupią minę z głupim uśmiechem, odpuścił 🙂 W jego oczach widziałam nawet strach, że zaraz zejdę na zawał i nie będzie miał z kim przeprowadzić wykładu 😉 Po wystąpieniu wyjaśniłam, że u mnie to niestety tak wygląda – koncentracja na poziomie 300% i zero przyjmowania zewnętrznych bodźców…

Ano właśnie, jeśli nie śledzisz bloga regularnie, to muszę Ci wyjaśnić, że tym razem nie występowałam sama, tylko z radcą prawnym, byłym sędzią, dr nauk prawnych Markiem Koennerem, który od lat broni kosmetyczki i kosmetologów w sprawach sądowych. Tematem naszego wystąpienia było prawne zabezpieczenie gabinetu w czasach „mody na odszkodowania”. Do tematu wystąpienia jeszcze za chwilę wrócę.

Tak było na wykładzie…. 😀

Wypadek tira i moje wystąpienie na LNE – co mają wspólnego?

Jakieś pół roku temu przeprowadziłam się z Katowic do Szczekocin. Katowice to centrum metropolii, w której mieszka grubo ponad 2 miliony osób. Szczekociny liczą (wg. Wikipedii – dane z 2012 roku) 3772 mieszkańców. No teraz to już plus 3 osoby, czyli ja, mój mąż i nasze dziecko 😀

O samej zmianie mogłabym napisać chyba już całą książkę, ale w tym momencie istotna jest jedna sprawa. Coś, czego zupełnie nie zauważałam mieszkając w dużym mieście – mianowicie problemy z dojazdami (gdziekolwiek). Jedynym komfortowym środkiem transportu jest samochód.

Całe szczęście, że mniej więcej rok temu postanowiłam odświeżyć swoje umiejętności w tym zakresie i nie jest źle. Wożę dziecko do przedszkola oddalonego o 20 km (!) i daję radę. W związku z tym uznałam, że jestem kozak i mogę sobie na LNE jechać samochodem. Mój mąż (bezskutecznie) próbował mi to wybić z głowy (bo Kraków to jakby nie Szczekociny), ale te ok. 80 km komfortowej podróży było argumentem nie do pokonania. W końcu to 1,5 godz. kontra pół dnia dopasowywania się do różnych dziwnych busów.

Tu mieszkam, czyli mniej więcej pomiędzy Katowicami, Kielcami, Częstochową i Krakowem.

Wszystko zmieniło się jakieś 2 tygodnie przed kongresem, kiedy zdarzył się wypadek. Nie mój. Po prostu wypadek na naszej „przedszkolnej trasie”. Objazd, dodatkowe 15 km na wąskich, wiejskich drogach, mijanki z tirami… Stwierdziłam, że nie jestem gotowa na samodzielną podróż autem do Krakowa.

Nie wdając się już w szczegóły, żeby przebyć 80 km musiałam lecieć z torbami na rynek, zapakować się do busa do Zawiercia i w Zawierciu po długim oczekiwaniu zapakować się do kolejnego busa do Krakowa (bo pociągiem ta trasa to jakiś miliard godzin). Czyli generalnie dla człowieka, który słysząc „wyjazd” dostaje wysypki i ma chorobę lokomocyjną, karkołomna wycieczka. Bo wiesz, to nie chodzi o sam wyjazd, ale wypadałoby wziąć laptopa (jak się pracuje online), wypadałoby jakoś wyglądać (jak się ma wykład), a nie zwijać w rulon marynarkę… No ja wiem, że przesadzam, ale lubię mieć wszystko na tip top, a taka podróż jest tego totalnym zaprzeczeniem i generuje u mnie duże pokłady dodatkowego stresu. Łącznie z tym, że musiałam w Krakowie siedzieć do poniedziałku, bo w niedzielę nie miałam już czym wrócić…

Dobra, nie użalam się już nad swoim losem, bo na szczęście nie muszę w najbliższym czasie nigdzie jechać 😉

Dalszy ciąg przygotowań do wykładu

Dotarłam! Umówiłam się z Markiem, że jak dojadę, będziemy szlifować nasze wystąpienie i tak się stało. Nie chcieliśmy robić nudnego wykładu o przepisach, bo o tych przepisach pisaliśmy na blogu przez ostatni miesiąc. Mam nadzieję, że nie nudnie, no ale przepisy to jednak przepisy 😉

Wymyśliliśmy, że zrobimy prawny SHOW, czyli zamiast mówić, co wolno, a czego nie wolno, zainscenizujemy scenkę z życia. Czyli ja w roli właścicielki gabinetu, która ma w nosie wszelkie formalności i z tego powodu spotkały ją kłopoty, przychodzi do mecenasa na konsultację. Słyszy pytania na temat spraw, których powinna dopilnować (a nie dopilnowała) i jej główną reakcją jest „ale serio, to trzeba”? 😀

Chodziło nam o to, żeby pokazać, jak te wszystkie „prawnicze zasady” mają się do realnych sytuacji, w których występuje jakiś problem z klientką – czy to powikłanie, czy błąd, czy po prostu niezadowolenie z efektów zabiegu. Że to wszystko co jest nieciekawe, upierdliwe i wymaga gromadzenia tony papierów, po prostu ratuje nam 4 litery w sytuacji, w której cokolwiek pójdzie nie tak.

I tak sobie to naprawdę szczegółowo rozpisaliśmy, żeby w tej krótkiej rozmowie uwzględnić wszystko, o czym przez ostatni miesiąc pisaliśmy na blogu. To było, powiem Ci, duże wyzwanie, bo jak streścić kilkadziesiąt stron bezpłatnych i płatnych materiałów w jednej krótkiej rozmowie?

Oczywiście zrobiliśmy to wcześniej. Sobota była czasem, żeby sobie to wszystko przećwiczyć w realu (Marek jest z Gdańska, więc nie ćwiczyliśmy wcześniej na żywo) i dopieścić szczegóły.

Miałam jeszcze popracować nad tym w hotelu, Marek miał do załatwienia jeszcze inne sprawy, więc każde z nas poszło w swoją stronę. Ja poszłam jeszcze na zakupy 😉

Nie ma to jak przez kilka dni myśleć w domu, co włożyć na wykład, po czym pojechać do Krakowa i kupić sobie nową bluzkę (dzień przed wykładem) 😉 Nie obyło się również bez tradycyjnego fotografowania mojego artykułu w empiku 😉

Mój i Marka artykuł w kongresowym numerze LNE.

Może i trochę obciach, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto odmówiłby sobie takiej przyjemności! 😉

Przepraszam, czy to jest jakaś sugestia?

Ja wreszcie dotarłam do hotelu, który mnie naprawdę solidnie zaskoczył. Bardzo szanuję każdą złotówkę, którą zarobię, więc szukając noclegu w centrum Krakowa stawiałam raczej na niskobudżetowe rozwiązania. Bardzo zaskoczyło mnie (może będzie to również cenna wskazówka dla Ciebie), że obok siebie, tuż przy dworcu, są dwa hotele Ibis. „Normalny” i Ibis Budget, w którym za nocleg ze śniadaniem zapłaciłam 145 zł. Cena w „normalnym” Ibisie to ok. 250 zł (dokładnie już nie pamiętam, a teraz cenniki są „majówkowe” – dużo wyższe) – spora oszczędność.

Nie jestem osobą, której imponuje pościel zaprasowana w kant, ale powiem Ci, że mocno zdziwiło mnie, że w moim pokoju łazienka jest… No właśnie w moim pokoju! Jedyną zamkniętą częścią była toaleta. Zdziwiło mnie również, że każdy pokój (tak wywnioskowałam) miał swój temat. To akurat fajne, choć mnie akurat trafił się pokój biegaczy, co w konfrontacji z próbami wbicia się w eleganckie ciuchy, które zakładam od święta, nie miało pozytywnego wpływu na moją psychikę 😉 Nawet rowerek miałam w pokoju! Inna sprawa, że skończył biedak jako wieszak na wyprasowane ciuchy… 😉

Mój nietypowy pokój z rowerkiem i miły akcent w windzie 🙂

Myślałam nawet, czy w sobotę nie zaproponować Wam jakiegoś wieczornego spotkania – mini zlotu Gabinetu od zaplecza, ale mam mocno zadaniowe podejście do wszystkiego i nie byłabym w stanie skoncentrować się na Was, dlatego zrezygnowałam z tego pomysłu. Może kiedyś uda się go zrealizować… 😉

Chciałabyś w przyszłości coś takiego? Daj znać w komentarzu! 🙂

Niedziela.

Co można robić przez całe rano i przedpołudnie, jeśli o 15 ma się wykład? Ano oczywiście robić się na bóstwo i przy okazji powtarzać sobie to, co ma się do powiedzenia 😉

Ja w stanie przedwykładowo – wyjściowym 😀

Jak już doprowadziłam się do stanu używalności, albo może „wykładowości” 😀 pobiegłam na wysokich obcasach pod hotel Marka, bo mieliśmy pojechać razem. Czekałam na niego kilka minut podczas których doszłam do wniosku, że balerinki w torbie to była naprawdę dobra decyzja. Miałam się przebrać z powrotem w te obcasy przed samym wykładem, ale oczywiście zapomniałam… 🙂

Do wykładu mieliśmy jakieś 2 godziny, które poświęciliśmy na szlifowanie wystąpienia i spotkania ze znajomymi.

Odwiedziłam kilka zaprzyjaźnionych firm, m.in. Wojtka Mielińskiego, właściciela firmy IKOR, która była moim pierwszym w życiu klientem jakieś 10 lat temu 😀 Nadal zresztą ze sobą współpracujemy. Byłam u Pana Dariusza Idkowiaka z Najwspanialsze – do tego czasopisma również piszę już od paru ładnych lat (dokładnie od 7!), przepytałam Izbę Kosmetologów na temat ich najbliższych planów…

Z Wojtkiem Mielińskim z firmy IKOR i z Justyną Gorlicką-Kruk z Izby Kosmetologów.

W związku z tym, że godzina zero zbliżała się w zastraszającym tempie, zaczęłam powoli przechodzić we wspomniany na początku tryb koncentracja.

Największy stres był chyba na sali, jak siedzieliśmy w pierwszym rzędzie i czekaliśmy na nasze wystąpienie. Uwieczniłam nasze oblicza, żeby później sprawdzić, czy widać emocje. Widać? 😉

Przedwykładowy stresik 😀

Samo wystąpienie odbyło się już w trybie działania na automacie. Wyszło, tak jak chcieliśmy, choć chyba trochę mogliśmy mówić trochę wolniej.

Poprosiliśmy znajomego o nagranie wystąpienia. Niestety okazało się, że film nagrał się bez dźwięku – nie wiadomo dlaczego, bo wszystko teoretycznie było ok. Taka klasyczna złośliwość rzeczy martwych. Myśleliśmy, że może uda się jakoś ten dźwięk wyciągnąć, no ale niestety… 🙁

Po wykładzie był czas na kilka fotek. Podeszło do mnie również kilka osób, m.in. Dawid Kędzierski, który na kongres dostał się dzięki wejściówce, którą wygrał w konkursie zorganizowanym na stronie Gabinet od zaplecza 😀 To było bardzo miłe spotkanie! 🙂

Po wykładzie… Z Dawidem Kędzierskim i z Markiem.

Koniec kongresu. Wszyscy rozjechali się do domu, a ja… Utknęłam w Krakowie praktycznie bez internetu 🙁 Bez internetu, bo wifi w hotelu było żadne, a zasięg na telefonie (nie wiem jakim cudem – w centrum Krakowa) miałam taki, że czekałam 5 minut, aż mi się załaduje jakaś strona na laptopie. Wiele razy podpinałam internet z telefonu do komputera i zwykle działało ok.

Dlaczego nie pojechałam do domu? Nie miałam niestety czym wrócić, musiałam więc zostać na kolejną noc. Jako, że cały dzień (z nerwów) nic nie jadłam, postanowiłam, że pójdę na rynek, zaszaleję i zafunduję sobie jakąś pyszną obiado-kolację i zasłużony relaks! 😀

Krakowskie widoczki 😀

Atmosfera na rynku wieczorem – wiadomo – jest magiczna, ale akurat wtedy zadzwonili moi mężczyźni „na wideło”. Jak patrzyłam na tego malucha, który pyta „mama przyjedziesz teraz” to mi się odechciało tego chłonięcia uroków otaczającej architektury… 🙁 No ale zebrałam się jakoś, tzn. głód mnie zebrał i poszłam na jakieś super wypasione spaghetti.

W trakcie procesu zapełniania żołądka, nieopatrznie weszłam w internety i moje postanowienie relaksu znowu zostało wystawione nawet na nie jedną, ale na dwie poważne próby!

Rynek nocą…

Pierwsza próba

Pierwsza próba to było takie ukłucie w sercu, bo wiesz, każdy ma prawo do wyrażenia własnej opinii itd., ale jak już ją wyrazi i ta opinia akurat jest nie do końca zgodna z Twoimi emocjami, to siłą rzeczy robi się człowiekowi smutno. Zapytałam Was na FP, jak wrażenia po wykładzie. W pierwszej chwili na gorąco: była opinia pozytywna, pytanie, czy wykład będzie dostępny do obejrzenia (z tym właśnie jest problem) i jedna negatywna: „wykład był mało merytoryczny, powiedziane były same podstawy. Dla mnie wykład był zwykłą sprzedażą swoich produktów”.

Wciągając ten makaron odpisałam, bo tak jak wspominałam wcześniej, włożyliśmy naprawdę dużo pracy w to, żeby w tym króciutkim wystąpieniu upchnąć jak najwięcej istotnych spraw.

Między wierszami staraliśmy się Wam przekazać najważniejsze elementy zabezpieczenia gabinetu przed roszczeniami klientek. Wklejam tu to, co wtedy na szybko wypisałam w komentarzu, bo to w sumie dobre podsumowanie najważniejszych do ogarnięcia spraw.

  • musi być wywiad,
  • nie wystarczy formularz, musi być rozmowa,
  • to my przeprowadzamy, a nie klientka wypełnia,
  • musi być miejsce na uwagi klientki,
  • musimy uwzględniać wszystko, bo nawet drobiazg może spowodować problem,
  • informacja o zabiegu pisemnie,
  • musi być info o powikłaniach,
  • zgoda pisemnie,
  • w zgodzie odwołanie do informacji o zabiegu,
  • info o braku gwarancji efektu,
  • uwaga na słowa, emocje,
  • uwaga na nagrywanie,
  • konieczność ciągłego doszkalania,
  • uwaga na świadków, żeby ich mieć w razie czego,
  • żeby notować w dokumentach, co się dzieje, że np. odsyłamy do lekarza,
  • że w razie „w” trzeba zgłosić szkodę ubezpieczycielowi,
  • że ubezpieczyciel w przypadku niedopełnienia przez nas procedur (dokumentacja) może się migać,
  • żeby nie dać się zastraszyć,
  • żeby nic nie płacić tylko dlatego, że klientka straszy,
  • żeby się nie przyznawać do niczego.

Po fakcie zastanawialiśmy się, czy wybranie formuły „scenki” nie było błędem. Może lepiej by było zrobić „normalny” wykład i wypisać to wszystko na slajdach? Chcieliśmy jednak, żeby to było bardziej życiowe, ciekawe. Żeby pokazywało, jak to wygląda w praktyce i na co naraża nas „olewanie” spraw związanych z dokumentami. W końcu jeśli jest dialog (z pamięci):

  • W jaki sposób przeprowadzała Pani wywiad?
  • No dałam klientce formularz do wypełnienia.
  • Czyli nie zadawała jej Pani pytań sama?
  • Powinnam? Nie wiedziałam…

To wniosek, że trzeba było ten wywiad przeprowadzić osobiście raczej jest jasny. Ok. Tyle o formule.

Nasz wykład.

Co do reklamy pakietu BEZPIECZNY GABINET, owszem była, bo żeby zabezpieczyć gabinet od strony prawnej, naprawdę nie wystarczy posłuchać krótkiego wykładu! Zobacz, jak obszerny jest pakiet: macie 339 stron A4 materiałów (wiedza + mnóstwo wzorów dokumentów) i 4 godziny nagrań! Stąd formuła wykładu, którą wcześniej opisywałam.

Nikt jak dotąd nie zebrał tej wiedzy. Wiedzy, która na pewno niejedną z Was uchroni przed poważnymi problemami oraz zaoszczędzi mnóstwo pieniędzy i stresu. Zwykła wizyta u prawnika to kilkaset złotych. Tu macie takich „wizyt” multum. I nie po fakcie, jak już mleko się rozlało – PRZED – żeby się nie rozlało. Uczestnicy kongresu dostali również specjalną, naprawdę bardzo dużą zniżkę na materiały, nad którymi pracowaliśmy przez kilka miesięcy. Jeśli ktoś nie chce inwestować, to na blogu jest również mnóstwo darmowych materiałów, które kompleksowo omawiają wybrane kwestie. O samych szkoleniach Marek mówił przez godzinę na lajwie, a i tak nie powiedział wszystkiego…

Rynek nocą…

Druga próba…

Odpisałam, ulżyło i dalej wciągam ten makaron. Zamiast wrócić do podziwiania widoków, wchodzę na fejsa. I co tam widzę? Napisałabym, że merytoryczną polemikę z naszym (moim i Marka – opublikowanym na blogu) ostatnim artykułem, ale nie napiszę. Bo nie była to polemika (w 90% odnosiła się do „widzimisię” autora, a nie do faktów) i nie była ona merytoryczna (oj nie…). Nie chce już tego tutaj opisywać, bo powstał na ten temat (kilka dni później) osobny artykuł (klik), ale się we mnie zagotowało.

Bo wiesz, jak piszę o marketingu, sprzedaży itd. to ok. Nikt się nie czepia, zaglądają zainteresowani, wszyscy szczęśliwi. W momencie, w którym „ruszyłam” temat zabiegów z pogranicza medycyny i kosmetologii, nagle na blogu pojawiło się mnóstwo osób. Nie to, że taka nagle popularność, bo ważny temat. Po prostu pospolite ruszenie i masa osób, które wypowiadają się tylko po to, żeby wyrazić swoje oburzenie. Jak próbujesz drążyć, czym są tak strasznie oburzeni, to okazuje się, że merytorycznych argumentów niestety brakuje na etapie drugiego, w porywach trzeciego komentarza. Bo najłatwiej czepić się czegoś wyciągniętego z kontekstu i dobudować sobie swoją historię, której się później do upadłego trzymasz. Fakty? Eeee tam… Niemodne.

Ja chyba jestem z tych „starej daty”, którym się wydaje, że jeśli kogoś otwarcie krytykujesz, to masz uzasadniony powód. Zresztą to samo było z RODO. Stworzyłyśmy z Iloną gotowca, dzięki któremu każda z Was mogła sobie to wszystko ogarnąć i nagle hejt, a jak się zagłębiasz, kto komentuje, to się okazuje, że ta osoba oferuje indywidualne wdrożenie RODO za kilka tysięcy…

Wiem, że tak jest i że w porównaniu z niektórymi internetowymi dyskusjami to i tak jest „mały pikuś”, ale mimo wszystko nie godzę się na to, bo uważam, że powinniśmy ponosić odpowiedzialność za swoje słowa. Nie reagując na najmniejsze nawet przejawy ignorancji (bo nie chcę oskarżać o coś więcej), dajemy ciche przyzwolenie i później dowiadujemy się np. że ziemia jest płaska. W mojej opinii właśnie to ogólne przyzwolenie na paplanie, co człowiekowi ślina na język przyniesie i traktowanie tego, jak ważny głos w dyskusji (bo wolność słowa – każdy ma prawo do opinii) skutkuje tym, że jako społeczeństwo kompletnie zatraciliśmy umiejętność odróżniania opinii od faktów.

Trawa jest zielona – pewnie się ze mną zgodzisz. Nagle przychodzi jakiś mający siłę przebicia „geniusz” i stwierdza, że trawa jest niebieska. W normalnym świecie nikt by go nie słuchał. W dzisiejszym świecie, z racji tego, że plecie głupoty, zaczyna go nagle śledzić kilkaset tysięcy osób. Skoro śledzi go kilkaset tysięcy osób, to na pewno trawa faktycznie jest niebieska, a ci, którzy twierdzą, że jest zielona są podkupieni przez koncerny… (tu już dowolnie – wedle uznania jakie koncerny).

Absurd. Ale tak to właśnie działa. Przyzwyczailiśmy się niestety do tego, że bierzemy na poważnie wszystko, co widzimy w internecie. Zgodnie z zasadą, że skoro ktoś to głośno mówi, to pewnie tak jest. No właśnie nie… Dlatego mam zamiar pokazywać palcem wszystkie takie sytuacje. Może to nie ma znaczenia, pewnie i tak zniknie w morzu innych przekazów, ale nadal będę to robić, aż do skutku.

Do brzegu…

To była chyba dygresja stulecia… 😉 Wróćmy do Krakowa. Obgadaliśmy sobie z Markiem temat (już telefonicznie), a ja powoli zaczęłam się zbierać do hotelu. Zgubiłam się po drodze 😀

Sama w Krakowie, ciemno, idę do hotelu. Wiem tak mniej więcej gdzie, ale włączam sobie nawigację (bateria na wylocie). Gadam z mamą przez telefon i nagle nawigacja zwariowała. Zorientowałam się jakieś 2 km dalej w przeciwną stronę. Udało mi się na szczęście dotrzeć do hotelu korzystając ze sprawdzonej metody „przepraszam panią, w którą stronę…” 😀

No a potem było już tylko wkurzanie się na brak internetu w hotelu, zasłużony relaks przed TV, pobudka w poniedziałek i powrót do domu 😀 Dotarłam późnym popołudniem, a przywitali mnie moi stęsknieni panowie. Odkupiłam trochę swoje winy obiecaną wcześniej łapówką 😉

„Łapówka” dla syna 😉
podrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznym
Anna Wydra-Nazimek - Gabinet od zaplecza
mgr kosmetolog, specjalistka do spraw marketingu i zarządzania w branży beauty. Właścicielka firmy NEZA Group zajmującej się doradztwem i wsparciem marketingowym dla firm działających w branży kosmetycznej oraz bloga Gabinet od zaplecza. Autorka kilku tysięcy artykułów publikowanych w najlepszych mediach branżowych, a także kilkudziesięciu e-booków na temat marketingu i zarządzania salonem beauty. Prywatnie żona i mama.

Dodaj komentarz

avatar