Czy kwarantanna dla właścicielki salonu automatycznie oznacza kwarantannę dla wszystkich klientek? Jak w praktyce wygląda taka izolacja? Jak reagują klientki? Czy można liczyć na jakiś zasiłek za czas nieobecności w pracy? Przeczytaj wywiad z właścicielką salonu kosmetologii, która znalazła się na kwarantannie w związku z wizytą, jak się później okazało, klientki zakażonej koronawirusem.

Moja rozmówczyni prosiła o zachowanie anonimowości, powiem więc tylko tyle, że jest kosmetologiem i od niedawna ma własny salon w małej miejscowości.

Ania, Gabinet od zaplecza: Z naszej wcześniejszej rozmowy wiem, że spotkało Cię to, czego obawia się w tej chwili większość właścicieli salonów – wylądowałaś na kwarantannie. Powiedz proszę, jak to wyglądało?

Właścicielka salonu kosmetologii: Jakby dwa miesiące siedzenia w domu nie wystarczyły to jeszcze kwarantanna… Prowadzę jednoosobowy salon kosmetologii w niewielkim mieście. Zaczęłam świeżo po studiach, nie zdążywszy jeszcze w pełni wyrobić ugruntowanej pozycji, więc już sama pandemia i siedzenie w domu dały mi nieźle w kość. Bałam się powrotu do pracy, ale i czekałam z utęsknieniem. Nie zdążyłam jeszcze popracować, żeby się zmęczyć a tu kwarantanna…

W piątek zadzwoniła do mnie klientka (była u mnie we wtorek w tym samym tygodniu), że trafiła na kwarantannę. Nogi się pode mną trochę ugięły, ale stwierdziła, że dobrze się czuje i obie byłyśmy dobrej myśli. Kiedy w niedzielę wieczorem zobaczyłam nieodebrane połączenie od niej na Messengerze, to wiedziałam, że raczej nie dzwoni z dobrymi informacjami… Test wyszedł pozytywny. Moja klientka ma koronawirusa.

Na miasto mające wówczas mniej niż 20 zachorowań, mnie się akurat trafił kontakt z osobą chorą… Jeśli o moim gabinecie nigdy nie było zbyt głośno, to już wkrótce miało się to zmienić i to wcale nie takiej formy reklamy bym sobie życzyła. W poniedziałek z samego rana zadzwoniła do mnie pani z sanepidu. Byłam już i tak przygotowana, że tego dnia na pewno nie pójdę do pracy.

Jak wyglądała ta kwarantanna? Byłaś na niej sama, czy może również Twoja rodzina, inni klienci?

Kiedy już trochę ochłonęłam po telefonie z sanepidu, zaczęłam obdzwaniać klientki. Stwierdziłam, że nie będę kombinować, jeśli chodzi o przyczynę mojej nieobecności i szczerze im mówiłam, że trafiłam na kwarantannę. Większość przyjęła to raczej normalnie i umówiłyśmy się, że dam im znać co dalej z wizytami, kiedy sama będę wiedzieć coś więcej. Myślały o mnie pozytywnie, usłyszałam od nich dużo słów wsparcia, ale niestety kilka klientek nie wróciło… Na kwarantannę został też skierowany mój mąż.

Pani w sanepidzie poinformowała mnie, że test zostanie mi wykonany we środę, a wynik będzie w piątek. I tu się zaczyna… Na kwarantannie byłam razem z mężem, ale wymaz został pobrany tylko ode mnie. Mężowi testu nie zrobili, ale siedzieć na kwarantannie musiał.

Kuriozum numer dwa: nie mogłam jechać własnym samochodem do punktu pobrań drive-thru. Pani uparła się, że przyjedzie karetka i ratownicy zrobią mi wymaz na miejscu… Mieszkam poza miastem i wiedziałam, jaką sensacją będzie karetka, z której wychodzą „astronauci–bałwanki”, żeby pobrać wymaz.

Kolejne pytanie do Pani z sanepidu: co mam zrobić z klientkami, które były u mnie w ciągu tygodnia, gdy miałam kontakt z osobą zakażoną? A no nic. Pani znając charakter mojej pracy powiedziała, że do czasu uzyskania mojego wyniku nic więcej nie zrobią. Wiem, że klientki szły na wesela, wyjeżdżały, miały chrzciny i komunie… Ostatecznie stwierdziłam, że wystarczy, że ja nie śpię po nocach. Skoro sam sanepid nie poprosił o kontakt do nich, to ja też nie będę wychodzić przed szereg.

Nikt w tym czasie ani z sanepidu, ani z pogotowia, ani z policji nie pytał o moje zdrowie, za to bardzo skrupulatnie sprawdzali, czy jesteśmy w domu. Nikt nie miał lepiej strzeżonego domu niż my. Policja była u nas 2-3 razy dziennie o różnych porach… Pierwsza wizyta: nieoznakowany radiowóz – myślę sobie – no super, jednak naprawdę dbają o naszą prywatność i w ogóle szybka wizyta, policja nawet nie wysiadała.

Kolejne wizyty: wielka policyjna kolumbryna, policjanci pod bramką, oboje musieliśmy wyjść przed dom – aha to tyle, jeśli chodzi o jakąkolwiek prywatność i o to, że może ludzie się jednak nie dowiedzą. RODO też nie istniało… Policjanci pytali sąsiadów o mnie i o męża z imienia i nazwiska, jeśli nie mogli trafić i oczywiście podawali przyczynę.

Wiedziałam, że do końca tygodnia na pewno nie wrócimy z mężem do pracy. Nikogo z sanepidu nie interesowało, czy ma nam kto zrobić zakupy, czy żadne z nas nie bierze jakichś leków na stałe, które trzeba by było dostarczyć… Choruję na astmę. Dobrze, że moja mama się tym zajęła. Co drugi dzień wkładała torby do koszyka wystawionego na zewnątrz. Patrzyłyśmy na siebie przez okno i prawie płakałyśmy… To była naprawdę bardzo stresująca sytuacja. Nasi rodzice są starsi, mocno obciążeni.

Nie mogłam sobie nigdzie w domu znaleźć miejsca, dni ciągnęły się niemiłosiernie… Jeśli osiwieję przedwcześnie, to zrzucę to na karb tej kwarantanny 🙂

Jak wyglądało „wyjście z kwarantanny”? Musiałaś „odsiedzieć swoje”, czy może wcześniej zrobili test i dali pozwolenie na powrót do normalności?

Wynik na szczęście negatywny, ale co się stresu najadłam to moje…

Nie musiałam przebywać na kwarantannie 14 dni. Po otrzymaniu wyniku negatywnego, po 5 dniach (czyli 10 dzień od kontaktu), oboje z mężem zostaliśmy z niej zwolnieni. Niestety od momentu uzyskania wyniku negatywnego, wraz z mężem jeszcze prawie przez dobę figurowaliśmy w systemie, jako osoby na kwarantannie i nie mogliśmy wychodzić, chociaż byliśmy zdrowi.

Co do samego testu… Mało przyjemne wrażenia, ale do przeżycia. Mnie pobierali tylko wymaz z nosa, z jednej dziurki (do drugiej już bym chyba nie dała sobie włożyć tego patyczka 🙂 ).

Jak wygląda pomoc państwa w takiej sytuacji? Dostałaś jakiś zasiłek? Jak to wszystko funkcjonuje w praktyce?

Z sanepidem i ZUS-em do dziś nie mogę dojść ładu, bo przerzucają między sobą obowiązki, kto, co i kiedy powinien… ZUS wypiera się, że bez decyzji z sanepidu o kwarantannie nie wypłaca świadczenia, a sanepid, że w ich obowiązku wcale nie leży wystawienie tego zaświadczenia… Nikt nic nie wie. Za każdym razem, gdy dzwoniłam do sanepidu, odbierał ktoś inny i podawał swoje informacje…

Po dziś dzień (mija miesiąc od kwarantanny) nie dostałam decyzji o wyniku negatywnym… Nie dostałam również świadczenia z ZUS-u. Księgowa pomogła mi napisać oświadczenie, na podstawie którego ZUS mógłby mi wypłacić zasiłek za czas pobytu na kwarantannie.

Póki co, nie uzyskałam żadnej pomocy. Księgowa jedynie wspominała, że może to potrwać i że będzie liczone jak L4.

W sanepidzie trafiłam na bardzo niemiłą kierowniczkę, która krzykiem i powoływaniem się na swoje stanowisko, próbowała zatuszować swój brak wiedzy i to, że nie radzą sobie z cała tą pandemią…

Jak inni reagowali na tę sytuację? Mam na myśli zarówno Twoich bliskich, jak i klientki?

Tak jak wspomniałam, mieszkam w małej miejscowości. Część sąsiadów nie mówiła “dzień dobry”, a część „ustawiała się w kolejce jak po autografy”, bo ponoć trafił się ktoś z covidem… Bardzo mnie to nadwyrężyło psychicznie…

Rodzina mocno nas w tym czasie wspierała. Dużo do nas dzwonili, robili nam zakupy i służyli dobrym słowem o każdej porze. Gorzej było ze znajomymi… Część z nich nie chciała się przyznać, że mieliśmy kontakt, żeby też nie trafić na kwarantannę. To bolało.

Mój mąż ma swoją działalność budowlaną. Klienci odmówili mu współpracy, bo żona może mieć koronę. Znajomi, którzy bawili się z nami na wspólnym ognisku, nie chcieli się do tego przyznać, kiedy sanepid skierował nas na kwarantannę…

Jak wyglądał Twój powrót do pracy? Czy klientki znały przyczynę Twojej nieobecności? Czy nie obawiały się przyjść na zabieg? Jak sobie z tym poradziłaś? Informowałaś na bieżąco w mediach społecznościowych, czy może unikałaś tego tematu w obawie o nieufność klientek po powrocie?

Bardzo się bałam pierwszego dnia po powrocie z kwarantanny. Oczywiście był to temat numer jeden. Nie posiadam strony na Facebooku, ale poczta pantoflowa działała prężnie i sporo klientek znało przyczynę mojej nieobecności, zanim sama zdążyłam im powiedzieć, co się właściwie stało. Chorych przybywa, a ja nie wiem, kiedy coś takiego może się powtórzyć…

Czy fakt odbycia kwarantanny wpłynął na poczucie bezpieczeństwa i zaufanie Twoich klientek do Ciebie? Czy zaobserwowałaś różnicę w ilości zapisów na zabiegi po powrocie z kwarantanny, czy wszystko wróciło do normy? Jeśli obserwowałaś mniejsze zainteresowanie, nieufność, to jak długo to trwało?

Na szczęście większość moich klientek podeszła do tematu bardzo wyrozumiale i po prostu trzymały za mnie kciuki, żebym była zdrowa… Część klientek, nie była zachwycona wizja przebywania na kwarantannie. Chodzi tu o te osoby, które poinformowałam już po całej aferze, a były w grupie ryzyka, bo były w gabinecie w tym samym tygodniu, co zarażona klientka.

Inne szczerze mówiły, że gdyby ich rodziny dowiedziały się, gdzie konkretnie doszło do zarażenia, więcej nie odwiedziłyby mojego salonu… Żartobliwie dodając, że żadnego innego pewnie też nie. Ogólnie odniosłam wrażenie, że większość klientek bardziej bała się trafić na kwarantannę niż faktycznie zachorować. Jasno dały mi do zrozumienia, że to dobrze, że ich w to nie mieszałam i nie podałam żadnych danych w sanepidzie (sanepid mnie o to nie prosił, ale obawiam się, że z częścią z nich mogłabym się pożegnać, gdyby “z mojej ręki” trafiły na kwarantannę).

Kilka klientek przyznało, że dopiero teraz zdają sobie sprawę, że wirus jednak istnieje i że na czas pandemii i coraz wyższych wyników osób zakażonych na razie rezygnują z moich usług.

Nie mam za to teraz problemu z upraszaniem klientek o założenie maseczki i zdezynfekowanie rąk – robią to na samym progu 😉

Jak oceniasz tę sytuację z perspektywy czasu? Jak to doświadczenie na Ciebie wpłynęło?

Nigdy za specjalnie nie obawiałam się tej pandemii. Słowo koronawirus przestało we mnie budzić lęk parę miesięcy temu. Fakt, że żyjemy w takich, a nie innych czasach gdzieś mi umknął, a pobyt na kwarantannie bardzo szybko i brutalnie mi o tym przypomniał. Znajomi dziwią się, że nie chce się teraz spotykać w większym gronie, iść na wesele… Zawsze byłam towarzyska. Wiem, że może mnie to znowu spotkać. Może spotkać męża, najbliższych. Przy własnej działalności nie ma mowy o pracy w kratkę…

Czy masz jakieś rady dla innych właścicielek salonów? Co mogą zrobić, żeby uniknąć problemów, z którymi Ty się zmagałaś?

Od momentu otwarcia salonów kosmetycznych i fryzjerskich starałam się przestrzegać zaleceń. Pracuję w masce, klientki przychodzą w maseczkach, ale przez to, że pracuję głównie z twarzą, nie ma możliwości, żeby miały je założone przez cały czas wizyty. Zarażona klientka nie miała na sobie wtedy maseczki…

Zaczęłam tego bardziej pilnować i wymagać trzymania się procedur. Klientki mają do dyspozycji żel antybakteryjny i chusteczki. Wszystko, co może być, jest oczywiście jednorazowe. Mam bardzo wątłą odporność, na której ciążyła ogromna odpowiedzialność przyniesienia negatywnego wyniku.

Myślę, że warto przykładać większą wagę do przestrzegania zaleceń oraz wymagać więcej od siebie i klientek, choć wiem, że praca przez osiem godzin i więcej w maseczce i przyłbicy to nic przyjemnego.

Zbliża się jesień. Sezon przeziębień, gryp i wszelkiej maści kaszelków i katarków. Jeśli nie przemawia do was koronawirus, to spełniając te wymogi, możecie sobie zaoszczędzić choćby tych sezonowych zmartwień.

Dziękuję za rozmowę i życzę, żeby to była dla Ciebie ostatnia taka „przygoda”…

Dziękuję!

podrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznympodrecznik marketingu i zarządzania gabinetem kosmetycznym